„W stepie szerokim...”
Neal Stephenson, Greg Bear, Mark Teppo, Erik Bear, Joseph Brassey, E.D. deBirmingham, Cooper Moo, Mongoliada tom 1tytuł oryginalny: The Mongoliad: Book One
przekład: Robert Waliś
cykl: Mongoliada tom 1
wydawnictwo: MAG
data wydania: 4 lipca 2014 r.
liczba stron: 432
ISBN: 978-83-7480-432-5
okładka: miękka
Mówi się, że „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. Czy to przysłowie można również odnieść do innych dziedzin życia, na przykład do świata literatury? Bo muszę przyznać, że takie myśli zaczęły mi krążyć po głowie, kiedy trzymałam w rękach tom pierwszy powieści pod tytułem Mongoliada i patrzyłam na liczbę jej autorów. Siedem nazwisk, spośród których tylko jedno znane mi ze słyszenia i widzenia. Pierwszym nasuwającym się w tym momencie skojarzeniem, było to, że książka, trzymana przeze mnie w dłoniach, jest zbiorem opowiadań, bo to tłumaczyłoby ilość pisarzy przy niej pracujących. Wystarczyło jednak, bym przeglądnęła kilka początkowych stron Mongoliady, aby przekonać się, że to spójna powieść.
Rok 1241 zapisał się krwawymi zgłoskami w historii średniowiecznej Europy. Bowiem w tym właśnie okresie orda tatarska rozpoczęła podbój Starego Kontynentu, podejmując walkę z chrześcijańskim Zachodem. Plany Ugedeja, jednego z synów potężnego Czyngis-chana, są równie dalekosiężne jak jego ojca. Przeciwko armii kagana, chana nad chanami, staje niewielka grupka wojowników, należących do Bractwa Tarczy, która zdecydowała się na niezwykle śmiały, i co za tym idzie, ryzykowny krok. Zamierzają zabić Ugedeja w Karakorum, w samym sercu Imperium Mongolskiego...
Pierwszy tom Mongoliady to powieść historyczna z wątkami fantastycznymi. Przyznać muszę, że pomysł na fabułę jest udany i ciekawy. XIII-wieczna Europa zmagająca się z inwazją Mongołów, których liczebne armie złożone z bezwzględnych i przyzwyczajonych do niewygód wojowników bardzo szybko i skutecznie zajmowały kolejne terytoria, przyłączając je do Imperium Mongolskiego. Wojenna zamieć, śmierć i zniszczenie. Nic tylko czekać na bohaterów, którzy uratują świat chrześcijański. I takowych wspomniany wcześniej zespół pisarzy stworzył, nazywając ich Bractwem Tarczy, z rodowodem wywodzącym się od wikingów. Ci chrześcijańscy wojownicy – koegzystujący obok innych rycerskich zakonów, jak templariusze czy szpitalnicy – podejmują się niemożliwej misji: zabicia kagana, rządzącego imperium. I to nie gdzieś w trakcie walki, bo od tego Ugedej ma braci i dowódców, by za niego i dla niego zdobywali kolejne ziemie, lecz w stolicy imperium, Karakorum. Jako że droga tam wiodąca należy do długich i męczących, a co za tym idzie, niebezpiecznych, do garstki śmiałków dołącza Cnán, Wiążąca, przewodniczka i posłanniczka.
Fabuła pierwszego tomu Mongoliady nie jest specjalnie skomplikowana, składa się z prostych wątków, które kolejno prowadzą do wspólnego punktu, bez zbytniego nacisku na retrospekcje. Aczkolwiek muszę przyznać, że podczas lektury tej książki miałam wrażenie, że czytam bardzo długi wstęp, wprowadzenie do historii. Całe szczęście zdarzały się fragmenty, w których akcja nabierała tempa, robiło się ciekawie, a oczy z chciwością pochłaniały kolejne litery. Przede wszystkim działo się tak w scenach walk, swoją drogą stanowiących mocny punkt przedstawionej historii. Są wiarygodne, szczegółowe, nierzadko wręcz epickie. W powieści jest ich całkiem sporo, a do tego napisano je językiem prostym, który zostanie zrozumiany nawet przez osoby nie mające dotychczas zbytniego kontaktu z militarystycznym słownictwem.
Słabą stronę Mongoliady stanowią bohaterowie. Są bez wyrazu, papierowi, schematyczni. A szkoda, bo tkwił w nich spory potencjał, który jednak nie został wykorzystany. Jedynie Gansükh wydał mi się postacią interesującą, skonstruowaną z jakimś pomysłem, a nie tylko po to, by zapełnić wystarczająco miejsca na kartce. Pozostali po prostu są nijacy, podobnie jak wątki miłosne, w ilości dwóch, występujące w powieści. I tu zakradła się rutyna i schemat, jaki można spotkać w tanich romansach. Cnán, kobieta, która miała trzymać swoje emocje na wodzy i być twardą jak głaz, zakochuje się od pierwszego wejrzenia w wojowniku-mnichu. Oczywiście bez wzajemności, bowiem ów mężczyzna został powołany do innych, wyższych celów; przynajmniej na razie, bo kto wie, co nastąpi w kolejnych tomach. Sztampowy jest też wątek miłosny w „części” mongolskiej, gdzie Gansükh zaczyna „coś czuć” do swojej chińskiej nauczycielki etykiety dworskiej, Lian. Żeby chociaż zostały zachowane jakieś realia, nadające odrobinę autentyczności wspomnianym fragmentom, ale niestety tak się nie dzieje. Pozostaje mi liczyć na to, że kolejne dwa tomy trylogii będą pod tym względem albo lepsze, albo zostaną pozbawione wątków miłosnych.
Mongoliada to powieść zdecydowanie nie należąca do literatury ambitnej. Już od pierwszych jej stron odbiorca może wyczuć, że książka, jaką trzyma w rękach, to historia po której nie należy się wiele spodziewać. Jest niezła, do przeczytania, ale nie do zachwytów. I kończy się w mocno intrygującym momencie, co część odbiorców uzna za plus, inni zaś za minus. Ja osobiście znajduję się w tej pierwszej grupie, bo choć początek trylogii mnie nie zachwyciła, to jednak spędziłam z nią kilka miłych wieczorów i z chęcią zapoznam się z jej kolejnymi tomami. Liczę jednak na to, że będą one bardziej intrygujące, z nieco mocniej skomplikowanymi wątkami, wyrazistszymi bohaterami i równie dobrymi scenami batalistycznymi.
Cykl Mongoliada:
| Mongoliada tom 1 |
Dziękuję!


Ej, będziesz to dalej czytała? Jest tyle ciekawych cyklów do ukończenia - nie wydaję mi się po tej recenzji, żeby Mongoliada zdolna była z nimi konkurować :P
OdpowiedzUsuńMoże nie mówmy o niedokończonych seriach, bo Geralt mnie dopadnie i się zemści, że dobierałam się do jego... ekhm... całokształtu i za każdym razem kończyłam na drugim... tomie...
UsuńZdradzasz mnie z Geraltem?! Przyznam, że to boli, ale z drugiej strony jestem w stanie Cię zrozumieć... :D
UsuńWydaje mi się, że to dość przeciętne historia, więc raczej się nie skuszę.
OdpowiedzUsuńZgadza się, jest przeciętna. Takie czytadełko, po które można sięgnąć, gdy innych książek brak pod ręką.
UsuńHistoria i fantastyka to coś zupełnie nie dla mnie (czynnik pierwszy odpada z założenia), a jeśli to coś słabego, to tym bardziej. Fajnie jednak wiedzieć, że coś takiego jest ;)
OdpowiedzUsuńA jest, owszem, i nawet dwa kolejne tomy być mają ;)
UsuńKurczę, szkoda trochę zmarnowanego potencjału, bo sam temat jest świetny. A tak w ogóle to mam straszny sentyment do historii o Mongołach po książce z dzieciństwa "Tengeri, syn Czarnego WIlka", aż go sobie chyba odświeżę :D
OdpowiedzUsuńNie znam, nie czytałam, ale zapamiętam ;)
UsuńFajnie wykreowani bohaterowi potrafią uciągnąć nawet kiepską fabułę, a skoro tu tego brakuje, to jednak dam sobie spokój :)
OdpowiedzUsuńAle częściej można niestety spotkać ciekawą fabułę, a konkretniej ciekawy pomysł na nią, i dość kiepskie wykonanie... :)
UsuńA okładka była taka interesująca! Treść wypada wobec niej strasznie blado :/ Szkoda, bo to moje klimaty, ale obawiam się, że ta płytkość bohaterów i schematyczność mnie zabije. Szkoda mi czasu na sprawdzanie :/
OdpowiedzUsuńTym razem nie przeczytam. Nie lubię słabych książek...
OdpowiedzUsuń