Dobry zwyczaj, nie pożyczaj... – mówi
stare polskie porzekadło i muszę powiedzieć, że coraz bardziej zaczynam
przychylać się do wprowadzenia go w życie. Kupuję dużo książek, jak zresztą dobrze wiecie,
więcej niż daję radę przeczytać. Stąd komitet kolejkowy z rosnącą liczbą
książek do przeczytania. Niektóre pozycje są pilniejsze, przeczytam je
wcześniej. Inne mogą poczekać dłużej, nawet kilka lat (tak, mam takie przypadki
w domowej biblioteczce).
Zawsze jednak miałam obawy przy pożyczaniu
książek. Wzięły się one stąd, że pożyczyłam już kilka książek, które albo do
mnie nie wróciły, jak chociażby My, dzieci z dworca ZOO czy Spotkamy
się kiedyś w moim raju. Inne wracały, po długim czasie co prawda,
lecz w stanie opłakanym. Miałam bardzo ładne wydanie Mitologii Parandowskiego.
Pożyczyłam je w rodzinie, bo potrzebna była mojemu młodszemu kuzynostwu do
szkoły. Książka wróciła do mnie po kilku latach w stanie takim, że książka
nie nadawała się już do niczego. Strony zalane atramentem, pokreślone markerem,
okładka ledwo trzymająca się całości. I to kłamanie w żywe oczy, że w takim
stanie książkę im dałam... Na samo wspomnienie zgrzytam zębami.