Tak na dobrą sprawę dzisiejsza odsłona cyklu Mój pierwszy raz... miała traktować o zupełnie innym autorze, znanym bardziej z powieści przygodowych.
Jednakże, jeśli ktoś z Was popatrzy na dzień dzisiejszy w kalendarium, to znajdzie informację, iż 122 lata temu urodził się jeden z największych pisarzy wszech czasów, prekursor gatunku fantasy i autor, dzięki któremu poznałam przyjemność, jaką niesie za sobą czytanie książek.
Przed Wami... J.R.R. Tolkien.
John Ronald Reuel Tolkien urodził się 3 stycznia 1892 roku w Bloemfontein, mieście w Wolnym Państwie Oranii (obecnie RPA). Jego ojciec był bankierem, zaś matka zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci.
W 1895 roku młody John Ronald Reuel Tolkien przeprowadził się wraz z matką i młodszym o dwa lata bratem Hilarym, do Anglii, do miejscowości Birmingham. Rok później, w wyniku krwotoku wewnętrznego, zmarł ojciec chłopca, zaś w 1904 roku odeszła jego matka. Tolkien miał wtedy 12 lat.
Już od najmłodszych lat Tolkien przejawiał zainteresowanie w stosunku do języków obcych. W dużym stopniu przyczyniła się do tego jego matka, która uczyła swoich synów między innymi łaciny i języka francuskiego. Niedługo później młody John przypadkowo odkrył język walijski, który bardzo go zafascynował, choć kompletnie go nie rozumiał. Starał się nawet odnaleźć książki napisane w tym języku i samodzielnie się z nimi zapoznać.
Uczęszczając do King’s Edward School, dzięki dużemu wpływowi jednego ze swoich wykładowców, profesorowi Breventonowi, zainteresował się greką, językami staro- i średnioangielskim oraz samą historią języka angielskiego.
Z czasem przychodziła kolej na poznawanie kolejnych języków obcych, zarówno współczesnych, jak i starych. Mówi się, iż mistrz znał w mniejszym lub większym stopniu 30 języków obcych. Jednym z nich był język polski, lecz Tolkien bardzo szybko dał sobie z nim spokój, uważając, iż jest on bardzo trudny.
Mając spory zapas wiedzy z zakresu filologii, John Ronald zaczął eksperymentować z tworzeniem własnych języków, początkowo opierając się na hiszpańskim, później zaś na gockim, aż do momentu, gdy poznał język fiński, który stał się dla niego bazą do stworzenia quenya, języka elfów z Śródziemia.
W 1911 roku zaczął publikować swoje pierwsze wiersze. W tym samym roku wraz z grupą przyjaciół założył stowarzyszenie T.C.B.S., Tea Club – Barrovian Society, które było swoistym literackim klubem dyskusyjnym.
Pierwszą napisaną powieścią Tolkiena był zbiór opowieści, który czytelnicy poznali jako Księga zaginionych opowieści. Choć mistrz zarzucił jej redagowanie, to zostały one później wydane przez jego syna, Christophera Tolkiena. Obecnie znakomitą większość tych tekstów można znaleźć w Silmarillionie.
Sławę przyniosło pisarzowi wydanie w 1937 roku historii, która zaczyna się słowami: „W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit.”. Kontynuacja historii, Władca Pierścieni została wydana dużo później, bo w 1954 roku.
I tym sposobem świat poznał Tolkiena, a czytelnicy pokochali Śródziemie.
A jak Wiedźma poznała się z mistrzem Tolkienem? To była historia wielkiej i niespodziewanej miłości.
Nie lubiłam czytać. Lektury były dla mnie katorgą, przykrym, lecz koniecznym obowiązkiem, bowiem w moich czasach niezwykle rzadko można było spotkać w bibliotekach lektury z brykami. Więc aby nie dostać jedynki, trzeba było przeczytać daną książkę.
Będąc w I gimnazjum wśród lektur szkolnych znalazła się powieść Hobbit, czyli tam i z powrotem. I znowu spotkała mnie kara. Bo jak mam czytać książkę o jakimś małym... stworzeniu (?) o owłosionych nogach. I bandzie towarzyszących mu dzikusów, wróć, krasnoludów. I czarodzieju. Wyruszających razem na wyprawę by odbić jakąś górę, która znajduje się pod panowaniem smoka. Niedorzeczności!
Z takim nastawieniem zaczęłam czytać Hobbita, lecz... im dłużej go czytałam, tym bardziej książka mnie wciągała, interesowała, wręcz pochłaniała! Nim się obejrzałam, powieść przeczytałam, a że zżyłam się z bohaterami, to i kilka łez na końcu uroniłam.
Od tego momentu, od skończenia lektury Hobbita zmieniło się moje podejście do książek. Co prawda zdarzało mi się olewać czytanie niektórych przymusów edukacyjnych, ale po raz pierwszy zaglądnęłam do biblioteki miejskiej, by znaleźć sobie coś do czytania. Tak po prostu.
A sam mistrz Tolkien do dzisiaj zajmuje w moim czytelniczym sercu najwyższe, najbardziej przeze mnie cenione miejsce.
A czy Wam znana jest proza Tolkiena?


Tolkien - mistrz nad mistrzami... :)
OdpowiedzUsuńcóż mogę powiedzieć kocham tego autora i teraz poluję na kilka baśni, które napisał...osobiście muszę znaleźć czas na jego "Listy" ;)
OdpowiedzUsuńHobbita czytałam kilka razy, a parę lat temu Władcę Pierścieni. Ciężko cokolwiek mi powiedzieć :D
OdpowiedzUsuńTak.. "Hobbita" i "Władcę Pierścieni" wręcz uwielbiam i lubię do nich wracać. Teraz na półce na swoją kolej do przeczytania czekają "Silmarillion", "Niedokończone opowieści" i "Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa". Nie mogę się doczekać! :D
OdpowiedzUsuńTolkiena wielbię, kocham, ubóstwiam! Pierwszy raz zetknęłam się z jego twórczością pod koniec 2001 r. niedługo przed ekranizacją Władcy Pierścieni. W książce zakochałam się od kilku pierwszych zdań i tak jest do dzisiaj :) Właśnie sobie uświadomiłam ile lat minęło od tamtej pory!!!
OdpowiedzUsuńCzłowiek legenda - mam gdzieś nawet jego biografię :)
OdpowiedzUsuńJa mam z Tolkienem trochę na bakier. Nie mówię "nie". Wydaje mi się, że za wcześnie po niego sięgnęłam. Miałam może 14 lat i próbowałam przeczytać Władcę Pierścieni. W połowie 2 tomu się poddałam. Kiedyś spróbuję jeszcze raz ;)
OdpowiedzUsuń