Trudne pisarzy początki
George R. R. Martin, Światło się mroczytytuł oryginalny: Dying of the Light
przekład: Michał Jakuszewski
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 19 lutego 2014 r.
liczba stron: 396
ISBN: 978-83-7785-187-6
George R. R. Martin jest znany czytelnikom głównie ze
swojego sztandarowego dzieła, sagi Pieśń Lodu i Ognia. Należy jednak
pamiętać, że i on był kiedyś początkującym pisarzem, pracował nad swoim
warsztatem i dopiero dochodził do obecnego stopnia mistrzostwa w zarysowaniu i
prowadzeniu intrygi. Korzystając z tej fali popularności jaką przyniosła nazwisku
Martina wszechobecna Gra o tron, wydawnictwo Zysk i S-ka postanowiło zapoznać
fanów autora z jego debiutancką powieścią, Światło się mroczy. Jest to drugie
wydanie tej powieści, pierwszy raz ukazała się w Polsce w 2004 roku. Teraz, kiedy jestem już po lekturze tejże książki, powiem
Wam jedno: warsztat Martina bardzo się rozwinął od czasu debiutu.
Dirk t’Larien został wezwany przez swoją niegdysiejszą
ukochaną, Gwen Delvano, na planetę Worlorn. Perspektywa pogodzenia się z miłością
swojego życia i ich ponownego połączenia, przysłania mu wszystkie inne aspekty podróży
na odległą i, jak się ma wkrótce ukazać, umierającą planetę. Gdy przybywa na Worlorn, miejsce niegdysiejszego Festiwalu
Krawędzi, odkrywa, że to, co z początku uważał za wezwanie o pomoc, kryje za
sobą mroczny sekret…
Jeśli nada się czemuś imię, to coś zacznie istnieć. Imiona zawierają w sobie całą prawdę i wszystkie kłamstwa, gdyż nic nie zniekształca rzeczywistości skuteczniej niż fałszywe imię, które zmienia ją jednocześnie z jej obrazem.
Jak wspomniałam wcześniej, Światło się mroczy to debiut literacki George’a R. R. Martina, napisany w 1977 roku. Już od pierwszych stron powieści czytelnik zostaje przeniesiony scenerię space opery. Muszę przyznać, że dla mnie było to czymś nowym, bowiem po raz pierwszy miałam do czynienia z tym odłamem fantastyki naukowej. Ale wrócę do tematu.
Jak na space operę przystało w Światło się mroczy znaleźć można: międzygwiezdne podróże, obce światy, zaawansowane technicznie walki oraz sporą dawkę mniej lub bardziej skomplikowanych relacji uczuciowych między bohaterami.
Jeśli o tych ostatnich chodzi to nie udali się oni Martinowi, oj nie. Są niewiarygodni, papierowi. Ich zachowanie i decyzje momentami są nielogiczne, tym bardziej że w jednej chwili mówią jedno, by jakiś czas później postąpić zupełnie inaczej, wbrew temu, o czym z uporem mówili przed momentem. Jedynie Garse Ironjade Janacek wydaje się być ciekawie nakreśloną i przemyślaną postacią, trzymającą się swoich postanowień. Pozostali są raczej nieciekawi. Nie budzą większych emocji, nie sprawiają, że czytelnik się z nimi identyfikuje.
Sytuacja całkowicie wykraczała poza jego doświadczenie, lecz mimo to akceptował ją, czuł się osobliwie swobodnie w towarzystwie obu Kavalarów z ich winem oraz cichą rozmową o śmierci i kaleczeniu. Być może to właśnie znaczyło być jednym z kethi, być może dlatego jego niepokój zanikał. Dirk wiedział tylko tyle, że czuje się spokojnie jak w domu.
Fabuła powieści toczy się jednotorowo, skupia się bowiem na próbach Dirka, które mają na celu odzyskanie Gwen. Całość okraszona została sporą dawką filozofii, głównie na temat pochodzenia i kultury Kavalarów. Owszem, niektóre fragmenty były dość ciekawie skonstruowane, lecz dominowały nudne, wydumane i długie monologi, które odbierały przyjemność czytania, bowiem trzeba było się przez nie przebić. Aczkolwiek akcja – jeśli pominąć wspomniane wyżej filozoficzne dysputy – jest dość dynamiczna, przedstawiona obrazowo na tle umierającej planety, która na dziwny sposób jest dziwnie... żywa.
Trzeba przyznać, że jest to powieść napisana z rozmachem, co rzuca się czytelnikowi już w prologu. Tam też widać całe mnóstwo pojęć i terminów, które nic nie mówią, ale rozwiązaniem tego problemu jest umieszczony na końcu powieści słowniczek, który wyjaśnia wszystkie wprowadzone przez autora terminy.
I w sumie na tym koniec, bo mimo glosariuszowych wyjaśnień, łatwo można się pogubić w nakreślonym przez autora uniwersum, głównie tym odległym, na zależnościach między poszczególnymi światami czy rasami. Bo to, co przedstawił na Worlornie, czyli planecie, gdzie rozgrywa się akcja powieści, wyszło mu całkiem dobrze. Tutaj bowiem sięgnął po sprawdzony motyw zderzenia kultur, przeciwstawiając „zachodni” styl życia i kulturę Dirka, z Kavalarami, którzy szczycą się konserwatywnymi, by nie rzec, że prymitywnymi poglądami na otaczający świat i hierarchię społeczną.
Światło się mroczy jest w sumie dobrym przykładem, w jaki sposób powinien rozwijać się warsztat pisarski autora. Jako że pierwszymi moimi powieściami autorstwa Martina był słynny cykl Pieśń Lodu i Ognia, to zobaczyłam jak bardzo ewoluował styl autora. Między napisaniem debiutanckiej powieści a pierwszym tomem PLiO minęło dziewiętnaście lat, i to naprawdę widać.
Cóż mogę powiedzieć, Światło się mroczy zapewne przeczytają fanatycy prozy pisarza, lecz myślę, że sięgną po nią też osoby, które chcą się przekonać jak wyglądały początki kariery pisarskiej GRRM.
Czy polecam? Niekoniecznie, lepiej skupić się na innych książkach autora, w szczególności na wspomnianej już sadze Pieśń Lodu i Ognia.


Martina znam tylko dzięki PLiO oraz "Rycerzowi 7 Królestw" i jak widzę na razie na tym poprzestanę, wolę go w tym wydaniu :)
OdpowiedzUsuńPolecam też "Ostatni rejs Fevre Dream" - to akurat była całkiem niezła książka ;)
UsuńA to się rozejrzę :)
UsuńTeż się za nią rozejrzę, aczkolwiek nie ukrywam, że czekam na kolejny tom PLiO, mając nadzieję, że GRRM nie umrze zanim nie skończy napisać ostatniej części sagi ;)
UsuńPieśń Lodu i Ognia.już od dawna za mną "chodzi"
OdpowiedzUsuńPora więc przyjrzeć się jej bliżej :)
UsuńMartin ma pokaźne grono fanów u nas a mnie zaś do niego w ogóle nie ciągnie...
OdpowiedzUsuńTo fantastyka, a wiem, że Tobie ten gatunek niezbyt się widzi :)
UsuńNie no, nie odrzucam fantastyki, czasem przecież po nią sięgam, ale diabelnie wybiórczo. :)
UsuńTo po tą książkę lepiej nie sięgaj ;)
UsuńTrochę mnie zasmuciłaś, bo bardzo chciałam przeczytać tę książkę.
OdpowiedzUsuńJeśli tak faktycznie było, to przeczytaj, a nuż Ci się spodoba. Mi niezbyt przypadła ona do gustu, dlatego więc recenzja jest taka, a nie inna.
UsuńZa takim rodzajem fantastyki nie przepadam ;)
OdpowiedzUsuńWiem o tym, dlatego też namawiać nie będę :)
UsuńTwórczość Martina wciąż przede mną!
OdpowiedzUsuńWięc wszystko, co najlepsze nadal na Ciebie czeka! - no, może oprócz recenzowanej wyżej książki ;)
UsuńDo Martina jakoś mnie nie ciągnie, ale to przez serial, który mnie totalnie wynudził. A debiut to już chyba faktycznie dla wielbicieli jego twórczości, żeby porównać jakość pisania :)
OdpowiedzUsuńMnie właśnie serial zaciekawił i dzięki niemu sięgnęłam po książki ;)
Usuńto dobrze, ze jego proza staje się lepsza...ja jeszcze nie wiem czy jestem fanką...najpierw muszę przeczytać cykl Pieśń....
OdpowiedzUsuńto na pewno musze przeczytac :D
OdpowiedzUsuń