Okno jest zawsze otwarte
Elizabeth Wein, Kryptonim Veritytytuł oryginalny: Code Name Verity
przekład: Anna Bańkowska
wydawnictwo: Dom Wydawniczy PWN / Imprint
data wydania: 1 października 2014 r.
liczba stron: 368
ISBN: 978-83-7705-601-1
okładka: miękka
Ostatnimi czasy coraz częściej na rynku wydawniczym pojawiają się tytuły zarówno powieści, jak i literatury faktu, przedstawiające sylwetki kobiet biorących czynny udział w walkach okresu II wojny światowej. Najwięcej miejsca poświęca się tym, które dosłownie czuły oddech wojny na plecach: podwójnym agentkom, korespondentkom wojennym, członkiniom ruchu oporu, żołnierzom oraz pilotkom. Wszystkie one były gotowe poświęcić swoje życie, by ratować setki innych istnień ludzkich.
W październiku 1943 roku nad okupowaną Francją rozbija się samolot. Pasażerka i pilotka to dwie najlepsze przyjaciółki, które poznały się w trakcie ochotniczej służby kobiet na jednym z lotnisk w Wielkiej Brytanii. Choć obu udaje się przeżyć katastrofę, to jedna z nich zostaje aresztowana przez gestapo, drugą zaś przechwytuje francuski ruch oporu. Dziewczyna, która została wzięta do niewoli, zostaje przez Niemców sklasyfikowana jako tajny szpieg. Z tego powodu zostaje poddana torturom, mającym za zadanie zmusić ją do wyjawienia wszystkich informacji jakie zna oraz zestawów szyfrów, które zostały jej ujawnione. Agentka Verity ‒ jak brzmi jej pseudonim operacyjny ‒ staje przed najtrudniejszym z wyborów: zdrada ojczyzny i ocalenie własnego życia czy długa i bolesna śmierć z rąk gestapo.
Kryptonim Verity to powieść z gatunku historical fiction, która wyszła spod pióra amerykańskiej pisarki Elizabeth Wein. Opowiada o historii przyjaźni dwu kobiet, Maddie i Julie, które poznały się w bazie WAAF (Women’ Auxiliary Air Force, Ochotniczej Służbie Lotniczej Kobiet), choć początkowo nic nie wskazywało na to, że nawiąże się między nimi choć nić porozumienia. Maddie jest osobą raczej cichą, wycofaną towarzysko, lecz zarazem całkowicie oddaną pasji latania. Samoloty, ich pilotowanie i naprawa to rzeczy, którym poświęca się bez końca. Z kolei Julie, nazywana przez wszystkich Queenie, całkowicie odpowiada charakterem swojemu przydomkowi ‒ zawsze elegancka, błyszcząca w towarzystwie, elokwentna. Dwie te kobiety połączyła wiara we wpojone im wartości, własne lęki oraz... parasol. Bo kto powiedział, że historia wielkiej przyjaźni musi zaczynać się od wiekopomnych chwil?
Znakomita większość powieści zostaje opowiedziana przez przebywającą w nazistowskim więzieniu Julie, agentkę o kryptonimie Verity. To z jej słów czytelnik poznaje historię Maddie opowiedzianą przez jej przyjaciółkę. Przyznam, że na początku sprawiało to dla mnie dziwne wrażenie, tym bardziej że opowieść ta mieszała się z przeżyciami Julie, ale dość szybko się do niego przyzwyczaiłam. Nie ukrywam, że przez pierwszą połowę Kryptonimu Verity tytułowa bohaterka strasznie mnie irytowała, czułam do niej wręcz antypatię. Bo jak tu darzyć sympatią kogoś, kto kupuje sobie kilka tygodni życia więcej zdradzając tajemnice państwowe? Lecz wraz z rozwojem fabuły zrozumiałam, że był to celowy zabieg, autorka miała konkretny powód, dla którego zdecydowała się w taki a nie inny sposób przedstawić Verity. Ów zwrot akcji całkowicie zmienił moje spojrzenie na powieść i sprawił, że kolejne rozdziały czytałam z dużą ciekawością.
Lecz zanim to nastąpiło, nim wydarzenia ruszyły do przodu, trochę się, niestety, wynudziłam. Pierwsze 1/3 powieści nie porywało, czytałam, bo musiałam. Nie lubię tak nierównomiernie rozłożonej akcji w historii. Tutaj nawet nie czułam, że ona powoli się rozwija. Po prostu nastąpiło nagłe bum i fabuła nabrała rozpędu. Całe szczęście opłaciło mi się dalej czytać, bo po niezbyt udanym początku poznałam interesującą i wzruszającą historię.
W Kryptonimie Verity autorka położyła spory nacisk na ukazanie relacji międzyludzkich w ekstremalnych okolicznościach. Nie chodzi tylko o herozim jednostek, które gotowe są poświęcić swoje życie w imię wolności innych czy kolektywny wysiłek społeczeństwa na rzecz wsparcia działań wojennych. Mam tu na myśli pewne szczególne sceny, słowa matki Julie, lady Beaufort-Stuart, która jak pani Darling z Piotrusia Pana, zostawiała okna w sypialniach swoich dzieci otwarte, by zawsze mogły do niej bez problemów wrócić. Niby nic szczególnego, drobny w zasadzie gest, ale jest w nim coś poruszającego. Jedno proste zdanie, jedna prosta czynność, a tak zapadająca w pamięć i dająca wiele do myślenia.
Wydanie Kryptonimu Verity zostało ozdobione podkreśleniami, czcionką maszynopisową i innymi szczegółami, które w pewien sposób uprzyjemniają czytanie, bowiem wyróżniają poszczególne fragmenty powieści ‒ w końcowych jej rozdziałach zostaje ów zabieg wyjaśniony ‒ i dodają jej nieco pamiętnikarskiego charakteru.
Choć początek lektury Kryptonimu Verity mnie nie zachwycił, to wraz z rozwojem akcji, ujawnianiem kolejnych zawiłości fabuły dochodzę do wniosku, że warto zapoznać się z tą powieścią. Przemyślana, ciekawie napisana i wzruszająca powieść historyczna o honorze, wierności wpojonym wartościom oraz sile przyjaźni.
W październiku 1943 roku nad okupowaną Francją rozbija się samolot. Pasażerka i pilotka to dwie najlepsze przyjaciółki, które poznały się w trakcie ochotniczej służby kobiet na jednym z lotnisk w Wielkiej Brytanii. Choć obu udaje się przeżyć katastrofę, to jedna z nich zostaje aresztowana przez gestapo, drugą zaś przechwytuje francuski ruch oporu. Dziewczyna, która została wzięta do niewoli, zostaje przez Niemców sklasyfikowana jako tajny szpieg. Z tego powodu zostaje poddana torturom, mającym za zadanie zmusić ją do wyjawienia wszystkich informacji jakie zna oraz zestawów szyfrów, które zostały jej ujawnione. Agentka Verity ‒ jak brzmi jej pseudonim operacyjny ‒ staje przed najtrudniejszym z wyborów: zdrada ojczyzny i ocalenie własnego życia czy długa i bolesna śmierć z rąk gestapo.
Kryptonim Verity to powieść z gatunku historical fiction, która wyszła spod pióra amerykańskiej pisarki Elizabeth Wein. Opowiada o historii przyjaźni dwu kobiet, Maddie i Julie, które poznały się w bazie WAAF (Women’ Auxiliary Air Force, Ochotniczej Służbie Lotniczej Kobiet), choć początkowo nic nie wskazywało na to, że nawiąże się między nimi choć nić porozumienia. Maddie jest osobą raczej cichą, wycofaną towarzysko, lecz zarazem całkowicie oddaną pasji latania. Samoloty, ich pilotowanie i naprawa to rzeczy, którym poświęca się bez końca. Z kolei Julie, nazywana przez wszystkich Queenie, całkowicie odpowiada charakterem swojemu przydomkowi ‒ zawsze elegancka, błyszcząca w towarzystwie, elokwentna. Dwie te kobiety połączyła wiara we wpojone im wartości, własne lęki oraz... parasol. Bo kto powiedział, że historia wielkiej przyjaźni musi zaczynać się od wiekopomnych chwil?
Znakomita większość powieści zostaje opowiedziana przez przebywającą w nazistowskim więzieniu Julie, agentkę o kryptonimie Verity. To z jej słów czytelnik poznaje historię Maddie opowiedzianą przez jej przyjaciółkę. Przyznam, że na początku sprawiało to dla mnie dziwne wrażenie, tym bardziej że opowieść ta mieszała się z przeżyciami Julie, ale dość szybko się do niego przyzwyczaiłam. Nie ukrywam, że przez pierwszą połowę Kryptonimu Verity tytułowa bohaterka strasznie mnie irytowała, czułam do niej wręcz antypatię. Bo jak tu darzyć sympatią kogoś, kto kupuje sobie kilka tygodni życia więcej zdradzając tajemnice państwowe? Lecz wraz z rozwojem fabuły zrozumiałam, że był to celowy zabieg, autorka miała konkretny powód, dla którego zdecydowała się w taki a nie inny sposób przedstawić Verity. Ów zwrot akcji całkowicie zmienił moje spojrzenie na powieść i sprawił, że kolejne rozdziały czytałam z dużą ciekawością.
Lecz zanim to nastąpiło, nim wydarzenia ruszyły do przodu, trochę się, niestety, wynudziłam. Pierwsze 1/3 powieści nie porywało, czytałam, bo musiałam. Nie lubię tak nierównomiernie rozłożonej akcji w historii. Tutaj nawet nie czułam, że ona powoli się rozwija. Po prostu nastąpiło nagłe bum i fabuła nabrała rozpędu. Całe szczęście opłaciło mi się dalej czytać, bo po niezbyt udanym początku poznałam interesującą i wzruszającą historię.
W Kryptonimie Verity autorka położyła spory nacisk na ukazanie relacji międzyludzkich w ekstremalnych okolicznościach. Nie chodzi tylko o herozim jednostek, które gotowe są poświęcić swoje życie w imię wolności innych czy kolektywny wysiłek społeczeństwa na rzecz wsparcia działań wojennych. Mam tu na myśli pewne szczególne sceny, słowa matki Julie, lady Beaufort-Stuart, która jak pani Darling z Piotrusia Pana, zostawiała okna w sypialniach swoich dzieci otwarte, by zawsze mogły do niej bez problemów wrócić. Niby nic szczególnego, drobny w zasadzie gest, ale jest w nim coś poruszającego. Jedno proste zdanie, jedna prosta czynność, a tak zapadająca w pamięć i dająca wiele do myślenia.
Wydanie Kryptonimu Verity zostało ozdobione podkreśleniami, czcionką maszynopisową i innymi szczegółami, które w pewien sposób uprzyjemniają czytanie, bowiem wyróżniają poszczególne fragmenty powieści ‒ w końcowych jej rozdziałach zostaje ów zabieg wyjaśniony ‒ i dodają jej nieco pamiętnikarskiego charakteru.
Choć początek lektury Kryptonimu Verity mnie nie zachwycił, to wraz z rozwojem akcji, ujawnianiem kolejnych zawiłości fabuły dochodzę do wniosku, że warto zapoznać się z tą powieścią. Przemyślana, ciekawie napisana i wzruszająca powieść historyczna o honorze, wierności wpojonym wartościom oraz sile przyjaźni.
Dziękuję!


Jak historical fiction z drugą wojną światową w tle, to ja już wolę Folletta :D Igłę przeczytaj - mi się podobała :P
OdpowiedzUsuńSama nie wiem, też rozważałam lekturę tej powieści, ale nie mogłam się zdecydować i chyba jednak nie żałuję, że odpuściłam :)
OdpowiedzUsuńPrzekaz książka ma ciekawy, ale jakoś nie jestem do niej do końca przekonana.
OdpowiedzUsuń