
Pulsa Dinura
Manel Loureiro, Ostatni pasażertytuł oryginalny: El último pasajero
przekład: Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
wydawnictwo: MUZA S.A.
data wydania: 9 lipca 2014 r.
liczba stron: 480
ISBN: 978-83-7758-719-5
okładka: miękka ze skrzydełkami
Manela Loureiro miałam okazję poznać przy okazji lektury trylogii Apokalipsa Z, która jakiś czas temu ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa MUZA S.A. Otwarcie mogę powiedzieć, że autor „kupił” mnie już po pierwszym tomie. Bo umie opowiadać, robi to z przyjemnością i ma głowę pełną pomysłów. Potwierdzeniem tego ostatniego jest wydana niedawno w Polsce kolejna jego powieść, zatytułowana Ostatni pasażer. Tym razem zamiast tematyki zombie, pisarz postanowił zaserwować swoim czytelnikom prawdziwą, klasyczną ghost story.
Północny Atlantyk, sierpień 1939 roku. Statek „Pass of Ballaster”, przewożący węgiel z Europy do Ameryki, niemalże zderza się na swojej zwyczajowej trasie z olbrzymim niemieckim wycieczkowcem o nazwie „Valkirie”. Wszystko z powodu gęstej mgły oraz braku jakiegokolwiek śladu obecności ludzi na pokładzie transatlantyku. Grupa wysłanych tam marynarzy odnajduje na pokładzie tylko jednego pasażera: owiniętego w tałes noworodka, z medalionem Gwiazdy Dawida na szyi.
Londyn, siedemdziesiąt lat później. Młoda dziennikarka, Kate Kilroy, która miesiąc wcześniej w wypadku samochodowym straciła męża, dostaje od swojej szefowej zlecenie, mające pomóc jej w dojściu do siebie po tragicznych wydarzeniach. Ma przyjrzeć się sprawie tajemniczego statku, transatlantyku „Valkirie”, który został zakupiony i wyremontowany przez pewnego milionera. Okazuje się, że sprawą tą interesował się zmarły mąż Kate, przez co kobieta jeszcze chętniej podejmuje się napisania artykułu. Tym samym wplątuje się w wydarzenia, których finał pozwoli wyjaśnić co stało się na Atlantyku w pewną sierpniową noc 1939 roku.
Kate dotąd nigdy nie wierzyła w takie rzeczy. To był zwykły folklor i legendy ludzi, którzy wciąż żyli w świecie fantazji i przesądów. Coś malowniczego, ale nierzeczywistego. Aż do tego dnia. Dnia, kiedy to wszystko zmieniło się w coś cholernie realnego.
Główną bohaterką powieści Ostatni pasażer, wokół której kręci się cała akcja powieści, jest Kate Kilroy, młoda dziennikarka „London New Herald”. Miesiąc wcześniej w wyniku tragicznego wypadku straciła męża, również pracującego dla tej gazety. Robert, mąż Kate, był szanowanym dziennikarzem, który miał w sobie ten instynkt, pozwalający na drążenie interesującego go tematu, nie wywołując przy tym niechęci u postronnych osób. Kate bardzo go brakuje, więc kiedy naczelna gazety proponuje jej zajęcie się tematem, który miał w planach jej mąż, bierze go nie tylko ze względu na to, by się czymś zająć, lecz chce w tym sposób mieć udział w tym, co zajmowało myśli jej męża tuż przed tragiczną śmiercią. W ten sposób młoda kobieta trafia na materiały o „Valkirie”, tajemniczym i owianym złą sławą transatlantyku, który przez siedemdziesiąt lat przebywał w jednym z angielskich doków, gdzie trafiały statki niepotrzebne już marynarce. Krok po kroku Kate poznaje strzępki informacji o „Valkirie”, o jej pierwszym właścicielu, organizacji Wolf und Klee, wojennych losach aż do momentu, gdy za małą fortunę zakupił go pewien biznesmen, Isaac Feldman, właściciel sieci kasyn, uważany przez wielu za mafiosa, dla którego odebranie komuś życia jest niczym splunięcie. Podążając tym tropem, Kate udaje się dotrzeć do mężczyzny i w końcu – w dość drastycznych okolicznościach – nakłonić go do wtajemniczenia jej w całą sprawę. Dzięki temu kobieta bierze udział w rejsie, którego dramatyczne skutki mogą odmienić bieg ludzkości.
– Ludzie z Wolf und Klee i Tarasow sądzą, że w punktach, gdzie występują osobliwości, dochodzi do dystorsji czasoprzestrzeni. To trudne do wyjaśnienia szaleństwo, ale...
– Ale... – Kate usłyszała własny zduszony głos.
– Ale uważają, że jeśli ten statek znajdzie się we właściwym punkcie o właściwej godzinie, pojawią się w tym samym miejscu... tyle że w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku.
– Po co?
– Jeśli wrócą do przeszłości, będą mogli zapobiec popełnieniu przez Hitlera błędów, które doprowadziły do jego klęski. Stalingrad, Normandia... to by się nie wydarzyło. – W głosie Feldmana brzmiał prawdziwy strach. – Nie rozumiesz, Kate? Niemcy wygrają wojnę, ludność żydowska zostanie w całości wymordowana, zmieni się bieg historii. Na zawsze.
Ostatni pasażer to klasyczna ghost story, napisana z iście hollywoodzkim rozmachem. Zagłębiając się w kolejne jej strony odnosiłam wrażenie, jakbym oglądała jakąś wysokobudżetową produkcję z Miasta Aniołów rodem, a nie oddawała się lekturze książki. Inspiracją dla autora były przede wszystkim opowieści o statkach widmo, takich jak „James B. Chester”, „Ellen Austin” czy najsłynniejszy z nich „Mary Celeste”, które zresztą zostają wspomniane w fabule powieści. Podobnych przykładów w historii marynistyki znaleźć można wiele, a każda z nich ma przypisanych całe mnóstwo wyjaśnień, od realnych, jak plaga czy zaraza, po te najbardziej fantastyczne. Loureiro postanowił w swojej powieści skupić się na drugiej grupie wyjaśnień, dodatkowo wplatając w nie wątek historyczny i fikcyjną organizację nazistowską Wolf und Klee, dzięki czemu historia nabrała nieco thrillerowego wymiaru, a wraz z nim dodatkowej głębi i niepowtarzalnego „smaczku”.
Bohaterowie pojawiający się w Ostatnim pasażerze są bardzo dobrze nakreślone. Tyczy się to zarówno postaci pojawiających się na pierwszym planie, jak i tych epizodycznie przewijających się przez kartki powieści. Mają swoją osobowość, którą ukształtowały ich przeżycia. Nie są jednakowe, wyróżniają się z tłumu i odgrywają swoją rolę w opowiadanej historii. Nie zawsze jednak jest ona taka, jaką w wyobraźni nakreśli sobie czytelnik na samym początku lektury. Wielu pasażerów „Valkirie” skrywa w sobie tajemnice, które zostają ujawnione w odpowiednim momencie.
Eksplozja stabilizatorów wywołała śmiercionośny deszcz odłamków, który spadł na maszynownię. Poszarpane ciała głównego mechanika, wysokiego, atletycznie zbudowanego mężczyzny, oraz czterech innych maszynistów były porozrzucane po całym pomieszczeniu. Największe kawałki wyglądały jak poduszki na igły, którymi bawił się jakiś sadystyczny olbrzym, wbijając ostre odłamki poskręcanego metalu w ludzkie mięso. Krew spływała po pokrywach silników, które nadal wyły, pracując w trybie automatycznym. Zapach spalonego oleju i paliwa do silników Diesla mieszał się z wonią krwi wrzącej na gorących metalowych płytach.
Autor umiejętnie zbudował atmosferę grozy, stopniowo zwiększając napięcie. Wyobraźcie sobie tylko: płyniecie tajemniczym statkiem, wokół otwarta przestrzeń, znikąd ratunku. Transatlantyk otula gęsta jak mleko, nieprzenikniona żółta, lepka mgła. Nie słychać żadnego odgłosu z zewnątrz, żadnego pluskania fal o burtę, wiatru w korytarzach, nic. Śmiertelna cisza. A jeśli zmorzy was sen, to będzie on niezwykle realistyczny... Nie mogę więcej na ten temat napisać, by nie pozbawić was przyjemności lektury.
To, co szczególne podobało mi się w powieści to styl, w jakim zostały napisane ostatnie jej rozdziały. Cała ta plastyczność obrazku, w którym teraźniejszość przeplata się z przeszłością, nie zniekształcając jej, a wręcz uwypuklając istotne szczegóły, na które normalnie czytelnik nie zwróciłby uwagi. Nakładanie się rzeczywistości, kiedy każdy czyn może mieć strategiczne znaczenie oraz wszechobecna ciemność, mrok i Zło – doskonała kompozycja.
Ale czy powieść jest aż tak doskonała? Nie ma w niej zgrzytów? Otóż nie. Rozczarował mnie wątek związany z... duchem Roberta, męża Kate. Jego pojawienie się podchodzi nieco w mojej opinii pod ułatwienie sobie zdania przez autora, coby nie musiał zbyt długo i mocno główkować jak zakończyć całą historię. W ogóle samo zabranie przez kobietę prochów męża w rejs, co do którego nie miała pewności, że z niego wróci, było nieco dziwne i nielogiczne. Samo to, że kilka rozdziałów wcześniej opisana była jej rozmowa z naczelną „London New Herald”, że rodzice Roberta będą chcieli mieć jego prochy u siebie, w USA.
Drugą niejasność stanowi dla mnie wątek jednego z marynarzy „Pass of Ballaster”, który feralnego dnia natknął się na opustoszałą „Valkirie”. Kiedy Kate odwiedza go po raz drugi, tym razem wraz z Feldmanem, znajduje jego zmasakrowane zwłoki, które dodatkowo zostały pozbawione serca. Kto i dlaczego? Nie zostaje to wytłumaczone i z tego też powodu czuję mały niedosyt w postaci nie do końca wyjaśnionych wątków.
Niemniej jednak muszę przyznać, że Ostatni pasażer to jedna z lepszych ghost stories, jakie miałam okazję przeczytać. Klimatyczna, niepokojąca, bardzo dobrze i harmonijnie napisana. Stąd też mój apel do autora: panie Loureiro! Proszę w dalszym ciągu pisać! Obojętnie czy o zombie, czy o nawiedzonych statkach. Ja na pewno Pana książki przeczytam.
Dziękuję!

Zgadzam się. Chociaż "Ostatni pasażer" nie jest oryginalny (autor dużo zapożycza od filmów i innych powieści tego gatunku) to Loureiro dobrze zna prawidła rządzące ghost stories i potrafi przekuć ten brak innowacyjności w coś interesującego. Niby nic nowego pod słońcem, ale i tak chce się to czytać jak najdłużej. Miły paradoks;)
OdpowiedzUsuńFakt, pomysł nie jest oryginalny sam w sobie, ale na dobrą sprawę mało książek o statkach-widmo znam. Filmów dość sporo, ale książka "Ostatni pasażer" to pierwsza i do tej pory jedyna o tej tematyce, jaką miałam okazję poznać :)
UsuńNie skojarzyłam autora. Nawet po stylu, bo Ostatni pasażer zaczął mi się całkiem przyjemnie, a Apokalipsa utykała i nadal siedze gdzieś u jej końca (i to I części!). Chociaż chyba coś w tym utykaniu jest, bo Ostatni pasażer też mi w pewnym momencie zaczął zgrzytać. Albo nudzić. Doczytam, zobaczymy :)
OdpowiedzUsuńOjoj... to nie dobrze... Ale może jeszcze zmienisz zdanie, kto wie? :)
UsuńUwielbiam opowieści o duchach, więc ta powieść to mój obowiązek :) Na szczęście swój egzemplarz już mam, szkoda tylko, że pewne wątki zostają niedopowiedziane, chociaż może pisarz chciał zostawić w tym względzie wolną rękę czytelnikom?
OdpowiedzUsuńW sumie to jeden wątek nie został wyjaśniony, więc nie jest źle ;)
UsuńNa mnie trylogia Apokalipsa nie zrobiła wielkiego wrażenia, ale na "Ostatniego pasażera, mimo że pewne elementy w nim zgrzytają, mam ochotę.
OdpowiedzUsuńTo będę wyczekiwać Twojej recenzji, jeśli już masz książkę u siebie :)
UsuńTrochę niepokoi mnie ten hollywoodzki rozmach. Nie lubię tego wyrażenia.
OdpowiedzUsuńChodziło mi o ogólną widowiskowość powieści. Jej obrazowość, szczególnie przy opisywaniu statku.
UsuńDuchy... może się skuszę...
OdpowiedzUsuńJeśli tylko tematyka Ci odpowiada :)
UsuńDuchy??? Nie, nie, ja chcę jeszcze kiedyś zasnąć! :))
OdpowiedzUsuń"Dobre" duchy nie są "złe" ;)
UsuńPobieżnie przeczytałam Twoją recenzję, bo książka u mnie czeka na swoją kolej, ale smuca mnie te minusiki...
OdpowiedzUsuńNie są aż tak straszne, zresztą przekonasz się sama :)
UsuńNajpierw autor zafundował nam Apokalipsę zombie, teraz to :D Mam ją u siebie, mam nadzieję, że ją dobrze odbiorę :)
OdpowiedzUsuńTeż mam taką nadzieję :)
UsuńMuszę się zapoznać z tą książką, mimo tych mankamentów :)
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem są tak małe, że można na nie przymknąć oko ;)
UsuńNigdy nie miałam okazji czytać horroru, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz ;)
OdpowiedzUsuńJa jestem troszeczkę zawiedziony. Ale tylko troszeczkę. Myślałem, że akcja potoczy się bardziej jako wyprawa naukowa, a zgromadzeni na "Valkirie" specjaliści spróbują wyjaśnić to tajemnicze zjawisko statku-widmo z 1939 r. Liczyłem, ze znajdzie się jakieś naukowe (mniej lub bardziej wiarygodne) wyjaśnienie tej tajemnicy. Jednak od momentu, w którym zaczęły na tym statku "rządzić" duchy i upiorne głosy szepczące głównym bohaterom co mają robić, straciłem tę nadzieję. Od tego momentu jakby zaczęła się druga, całkiem inna powieść.
OdpowiedzUsuńNie mniej jednak całość była bardzo ciekawa, trzymała w napięciu do samego końca, a Manel Loureiro udowodnił, że ma talent i potrafi przykuwać uwagę.
"Apokalipsa Z" (wszystkie trzy tomy) czeka na moim czytniku w kolejce do przeczytania i pewnie niedługo się doczeka...