Kolejna doza tygrysich miłości
Colleen Houck, Klątwa
tygrysa. Wyprawa
tytuł oryginalny: Tiger’s
Voyage
tłumaczenie: Martyna Tomczak
cykl: Klątwa tygrysa tom 3
wydawnictwo: Moondrive
data wydania: 17 września 2012 r.
liczba stron: 472
ISBN: 978-83-7515-224-1
okładka: broszurowa
Nadmiar słodyczy, tygrysiego futra i zachwytów nad urodą
Kelsey, wylewających się ze stron powieści Klątwa tygrysa. Wyzwanie, sprawił,
że musiałam na jakiś czas odpocząć od tej lektury. Dlatego też odkładałam w
czasie sięgnięcie po kolejny tom przygód dwu nieziemsko przystojnych hinduskich
braci i amerykańskiej miłości ich życia. Musiałam odzyskać nieco zapału do
lektury, która wcale nie zapowiadała się dla mnie na lekką i przyjemną, jako że
nie gustuję w gatunku paranormal romance.
Jednakże, koniec końców, zawzięłam się w sobie i sięgnęłam po trzecią część
serii, zatytułowaną Klątwa tygrysa. Wyprawa, po cichutku licząc na to, że
będzie to nieco lepszy tom, nie tak przesłodzony i infantylny jak to miało
miejsce w przypadku Wyzwania. Niestety, srodze się rozczarowałam.
Serce Kelsey znowu zostało złamane. Wyrwany z niewoli Lokesha
Ren ucierpiał na tym nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Z niewiadomej
przyczyny mężczyzna stracił pamięć, lecz, jak się okazuje, nie kojarzy jedynie
Kelsey i wszystkiego, co z nią związane. Dziewczyna mocno przeżywa to, że
ukochany traktuje ją jak całkowicie obcą osobę. Rozpacz dodatkowo pogłębia
fakt, że każdy jej dotyk sprawia mu fizyczny ból. Mimo wszystkich nieszczęść,
jakie ją spotkały, Kelsey w dalszym ciągu pomaga w złamaniu starożytnej klątwy.
Tym razem przeznaczenie skieruje grupę do Miasta Siedmiu Świątyń, gdzie
przyjdzie im się zmierzyć z pięcioma przebiegłymi smokami.
O ile poprzednia część serii Klątwa tygrysa była w moim
odczuciu lekką, dziecinną powieścią ku pokrzepieniu nastoletnich serc, którą przeczytałam
stosunkowo szybko i bez większego uszczerbku na zdrowiu psychicznym, tak w
przypadku trzeciego tomu cyklu już od samego początku czekały mnie niedogodności.
Przede wszystkim – nie wiem jak to możliwe – Wyprawa jest
jeszcze bardziej infantylna niż Wyzwanie. Gdyby książki te napisała jakaś trzynasto-,
czternastolatka, zadurzona w piosenkarzu z boysbandu, to jeszcze jakoś bym to
przełknęła. Lecz, jakby na to nie popatrzeć, autorka serii, Colleen Houck, to
dorosła, ponad czterdziestoletnia, kobieta. Z racji samego jej wieku książki
powinny być głębsze, wnosić coś wartościowego. A tu sama słodycz, lukier i
dziecięca naiwność. Tym bardziej rzuciło mi się to w oczy z racji tego, że gdy
czytam książki jednego pisarza, to zawsze mam nadzieję, że każda kolejna będzie
lepsza od poprzedniej, przede wszystkim pod względem warsztatu literackiego twórcy.
Naiwnie wierzyłam, że tak jest w przypadku Klątwy tygrysa. Wyprawy, lecz –
jak łatwo się domyślić – przeliczyłam się. Niedojrzałość autorki przewija się
przez całą książkę, dotyczy nie tylko nakreślenia charakteru czy wyglądu
bohaterów, lecz również widać ją przy rozwiązywaniu poszczególnych wątków
powieści. Jako że historia opowiadana jest z punktu widzenia Kelsey, to w
kulminacyjnym momencie, gdy Houck niejako sama zapędza się w kozi róg i musi w
jakiś sposób wyjść z tej sytuacji, to główna bohaterka w chwili, gdy wpakowała
się w poważne problemy i nie wie, jak z nich wyjść, po prostu mdleje albo traci
przytomność. Kiedy odzyskuje świadomość, wszystko już jest w porządku, zaś jej
mężczyźni w kilku słowach opisują, jak to uratowali ją z opresji. Można i tak.
Co do bohaterów pojawiających się na kartach powieści,
sytuacja wygląda identycznie jak w poprzednim tomie. Dwaj niezwykle urodziwi
bracia rywalizują o względy amerykańskiej nastolatki, która sama o sobie mówi,
iż jest przeciętnej urody, ale jakimś dziwnym trafem wszyscy faceci ciągną do
niej jak pszczoła do miodu. Nawet główny czarny charakter serii, Lokesh, chce
dostać Kelsey właśnie z tego względu.
Mogłoby się wydawać, że wszystkie przygody, spotykające
Kelsey, zmienią jej podejście do świata, że dojrzeje pod względem emocjonalnym
– wszak ma dziewiętnaście lat, ale co to, to nie. Dziewczyna w dalszym ciągu
zachowuje się jak głupiutki podlotek, który naczytał się tanich romansów i
pozyskane stamtąd rady stosuje w swoim życiu uczuciowym. A potem dziwi się, że nie
wygląda ono tak, jak zostało to opisane
w książkach...
Co do książąt, niewiele się zmieniło, nadal są playboyami,
na widok których mdleją nastolatki i staruszki, a ich uroda wychwalana jest
praktycznie co stronę. Nastąpił jednak pewien zwrot, dość mocno rzucający się w
oczy. Otóż bracia zamienili się
osobowościami. Ren stał się porywczy, buńczuczny, zaś Kishan przemienił się w
delikatnego i wyrozumiałego mężczyznę. Z tego, co pamiętam z Wyzwania, było
całkowicie na odwrót i zastanawiam się czy autorka świadomie podmieniła
charaktery książąt, czy wynikło to z jej pomyłki. W każdym razie, Kelsey nadal
tkwi w miłosnym trójkącie z hinduskimi braćmi, co jakiś czas zwracając się raz w
stronę Rena, raz Kishana. Na dobrą sprawę wątek romantyczny całego cyklu
doskonale podsumowuje poniższy cytat:
Na czym polega mój problem? Biedactwo musi wybrać pomiędzy dwoma najprzystojniejszymi facetami na świecie. Dobrymi, czułymi, uczciwymi ludźmi, którym naprawdę na niej zależy. Wiem, że Kishan będzie dla mnie dobry. Będzie mnie kochał. Naprawdę mogłabym trafić gorzej. O wiele gorzej.
Nic dodać, nic ująć. Biedactwo...
W przypadku fabuły również nie zauważyłam istotnej zmiany;
grupa wygodnie podróżuje po całym świecie, by zdjąć klątwę z królewskich braci,
pokonuje kolejne przeszkody, prowadzi dysputy natury miłosnej oraz śpi i je. I
znowu śpi i je. Rozumiem, że poszczególne zadania mogą wymagać od nich dużych
zapasów energii, ale jeśli tak dalej będzie, to, koniec końców, w ostatniej
części serii pozostanie im się toczyć, a nie biec. Chyba że mają tak dobrą
przemianę materii, ale o tym nic nie wiadomo.
Jako że ulżyłam sercu i opowiedziałam o tym, co mnie drażniło,
to teraz wspomnę o plusach powieści. W sumie nie zmieniły się one w stosunku do
poprzedniej części. Są to: ładna okładka, choć muszę przyznać, że bardziej
podobała mi się ta zdobiąca Wyzwanie, ciekawostki dotyczące innych kultur, w
tym kilka interesujących mitów wywodzących się z hinduizmu, i na koniec:
szybkość, z jaką czyta się tę powieść.
Podsumowując, cieszę się, że to już koniec mojej przygody z
naiwną amerykańską nastolatką i superprzystojnymi tygrysami. Choć seria liczyć
sobie będzie jeszcze dwa tomy, to ja ich już nie przeczytam. Lektura ma mi
przynosić radość i zadowolenie, a nie wyzwalać we mnie duże pokłady złości i
irytacji. Dlatego też, dla własnego zdrowia, swoją znajomość z prozą Colleen
Houck zakończę na tym właśnie etapie.
Cykl Klątwa tygrysa:
| Tiger’s Promise | Klątwa tygrysa | Klątwa tygrysa. Wyzwanie | Klątwa tygrysa. Wyprawa | Klątwa tygrysa. Przeznaczenie | Tiger’s Dream |
Dziękuję!


Okładka jest bardzo ładna :)
OdpowiedzUsuńJeden z nielicznych plusów ;)
UsuńSzczerze to okładka przypomina mi tandetny romans rodem z Amber, więc to jako pierwsze wpłynęłoby ogromnie na odbiór. Po drugie - infantylność i trywialność treści. Przyznam Ci, że nie wiem co z tymi "babami" autorkami się dzieje, ale one myślą, że umieją pisać i ubierają swoje niespełnione młodzieńcze marzenia w słowa i potem wychodzą takie popłuczyny, przy których idzie stracić zdrowie. Paranormal romance to zdecydowanie nie mój gatunek, tym bardziej, że jest on tak bardzo popularny współcześnie... A ja nie lubię iść za modą ;)
OdpowiedzUsuńNie no, okładka nie jest zła :) Te Amberowskie, o których piszesz, kojarzą mi się raczej z powieściami typu Harlequin ;)
UsuńA co do mody to w tym przypadku naprawdę nie warto się zagłębiać w to, dlaczego ta saga stała się bestsellerem wśród nastolatek :)
Ledwie przeżyłam pierwszy tom, i jak widzę dalej wcale nie jest lepiej.
OdpowiedzUsuńMieć tylko takie problemy jak Kelsey... żyć nie umierać.
Ja akurat pierwszego nie czytałam, ale zostałam obdarowana dwoma kolejnymi i... cieszę się, że to już koniec ;)
UsuńHehe, tak się właśnie kończy czytanie paranormal romace :D Z jednej strony trochę współczuję, ale z drugiej - sama to sobie zrobiłaś :P Mam nadzieje, że po ślubie nie będziesz mnie zmuszała do czytania takich głupot :D
OdpowiedzUsuńCoś Ty! Wtedy postawimy na istny hardcore! Saga Zmierzch i Harleqiny będziemy czytać wieczorami. I w południe. Rano też ;) :P
UsuńNo dobra, pod warunkiem, że to co będziemy robili w nocy wybiorę ja :D
UsuńW nocy to się śpi... Od czego masz cały dzień? :P
UsuńJa to przeczytałam ino pierwszy tom i potem jakoś już nie miałam ochoty..
OdpowiedzUsuńWcale się nie dziwię, że Cię tygrysie miłości dalej nie pociągały :)
UsuńKiedyś chciałam przeczytać tę serię, umówiłam się nawet na wymianę z jedną użytkowniczką LC, miałam otrzymać pierwszą część. Ale w końcu książka do mnie nie dotarła i może to i dobrze skoro to taki gniot.
OdpowiedzUsuńWiesz, są dziewczyny, które lubią taką literaturę. Ja się jednak do nich nie zaliczam, więc po prostu nie polecam, bo w mojej opinii nie mam nic do zachwalania względem tej książki...
UsuńPrzeczytałam pierwszą część... i nie zamierzam nawet dotykać kolejnych książek tej autorki...
OdpowiedzUsuńCzyli nie tylko ja mam alergię na tygrysie futro ;)
Usuńu mnie zakończyła się na pierwszym, spróbowałam i dziękuję...
OdpowiedzUsuńJa pierwszego nie czytałam, tylko od razu dostałam do recenzji tomy 2. i 3. :)
Usuń