Morska intryga
Marcin Mortka, Listy lorda Bathurstawydawnictwo: Fabryka Słów
data wydania: 29 marca 2013 r.
liczba stron: 408
ISBN: 978-83-7574-797-3
ocena: 5/6
Listy Lorda Bathursta to książka, którą udało mi się wygrać w jednym z konkursów patronackich wydawnictwa Fabryka Słów. Byłam z tego powodu niezwykle zadowolona, bo gdybym tej książki nie wygrała, to pewnie bym ją kupiła. Bo przeczytać bardzo ją chciałam, choć jeszcze kilka lat temu za nic nie dałabym się namówić na literaturę marynistyczną, bo do takowej najnowsza powieść Marcina Mortki się zalicza. Sprawę zmieniła dopiero lektura książki Komudy, Czarna bandera, i choć – w przeciwieństwie do Listów lorda Bathursta – jest to powieść z gatunku fantastyki marynistycznej, to zaszczepiła we mnie ochotę na sól na ustach i wiatr we włosach. I takie właśnie uczucie towarzyszyło mi przy lekturze powieści Mortki, tyle tylko, że okraszone zostało sporą dawką malagi i prochu strzelniczego.
Kapitan Peter Doggs oczekuje w celi na wykonanie wyroku kary śmierci. Niegdysiejszy kapitan okrętu „Venus”, skazany za zdradę, brak kompetencji oraz napaść na innego oficera Royal Navy, zostaje wybawiony od śmierci przez tajemniczego lorda Bathursta, który powierza mu tajną misję, od której zależy przyszłość Anglii. Mianowany kapitanem statku płynącego pod fałszywą, duńską banderą, Doggs szybko odkrywa, że ludzie stanowiący załogę statku zostali w jakiś sposób zaszantażowani bądź przekupieni przez Bathursta, a sama misja z każdym kolejnym krokiem staje się coraz bardziej tajemnicza. Krnąbrny i niezależny Peter Doggs postanawia dowiedzieć się jaki jest cel misji zleconej przez Bathursta, lecz musi przy tym pamiętać, że gdyby coś poszło nie po myśli lorda, Doggs może zapłacić za niesubordynację najwyższą możliwą cenę, jaką jest los Emily, jego nastoletniej córki.
Lektura Listów lorda Bathursta była dla mnie czystą przyjemnością. Intryga, wciągająca akcja, niesamowity klimat – oto z czego składa się bardzo dobra powieść przygodowa. Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia kapitana Doggsa, człowieka, który miota się między chęcią rozwiązania intrygi, w którą został mimowolnie wplątany, a obawą o życie ukochanej córki, której nie może chronić przed poczynaniami Bathursta. Dodatkowo życia nie ułatwia mu nieprzychylnie do niego nastawiona załoga, która nie chce się wychylać ze względu na haki, jakie posiada na nią rzeczony lord. Pieczę nad porządkiem na pokładzie sprawuje wyjątkowo nieprzyjemny Stirling – prawa ręka lorda, człowiek bez skrupułów. Nie on jeden zresztą pilnuje karności załogi, jak i samego kapitana okrętu, służalczych psów Bathursta na pokładzie znajduje się więcej, a łączy ich wszystkich jedno: każdy z nich nosi w sercu jaką tajemnicę, którą Bathurst i służący mu Stirling są skłonni wykorzystać przy najmniejszym przejawie nieposłuszeństwa...
Listy lorda Bathursta to porywająca lektura. Akcja powieści jest żywa, pełna intryg i tajemnic. Wciągająca. Okraszona dozą specyficznego humoru, lecz zarazem lekka, przyjemna w odbiorze. Problemy może początkowo stwarzać spora dawka specjalistycznego, żeglarskiego słownictwa w stylu:
Doggs patrzył oczarowany, jak trafiona bezpośrednio bomstenga odłamuje się i wpada w fale, a po niej leci w dół blindreja. Wśród sztagów natychmiast zapanował bałagan, splątane kliwry załopotały na wieczornym wietrze.
lecz jest ono łatwe do opanowania. Wystarczy poświęcić chwilę i zapytać Google, czym jest takielunek, kilwater, kabestan i podobne wyrażenia i już wiemy, co się dzieje na pokładzie. Trzeba tylko odrobinę chęci, jeśli chce się zrozumieć o czym mowa w powieści.
Listy lorda Bathursta były moim pierwszym spotkaniem z prozą Marcina Mortki, ale na pewno nie ostatnim. Myślę, że sięgnę jeszcze po serię Karaibska krucjata i inne, bardziej fantastyczne powieści tego autora.

Mortkę biorę co roku na żagle żeby wczuć się w piracki klimat. W tym roku nie będzie inaczej, arrr!
OdpowiedzUsuńA ja się z Mortką dopiero poznałam :) Co polecasz autorstwa tego pana na kolejny rzut? :)
UsuńZachęcająca ta Twoja recenzja :D książkę muszę koniecznie poszukać ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję i polecam :)
UsuńRecenzja bardzo zachęcająca, chyba zacznę być częstym bywalcem Twojego bloga :)!
OdpowiedzUsuńword-is-infinte.blogspot.com
Bardzo mi miło :)
UsuńAhoj!!!
OdpowiedzUsuńDla fana szantów słownictwo w Listach nie będzie wyzwaniem :)
Znakomita fabuła, wzbudziłaś u mnie ciekawość.
Ale dla osoby nieobznajomionej z tym słownictwem może stanowić mały problem, z którym jednak można się szybko "uporać" :)
UsuńZapowiada się bardzo ciekawie, Mortka zaskoczył mnie bardzo pozytywnie swoją Karaibską Krucjatą, także powyższą książkę na pewno będę chciał przeczytać!:)
OdpowiedzUsuńWarto, oj warto :) Mi się "Listy..." bardzo dobrze czytało :)
UsuńZ przyjemnością przeczytam polecane przez Ciebie "Listy..." :)
OdpowiedzUsuńNie miałam do tej pory styczności z tego typu literaturą, ale Twoja recenzja brzmi tak zachęcająco, że zaczęłam się zastanawiać, czy by nie nadrobić zaległości w tym gatunku! Bo naprawdę wydaje się ogromnie ciekawie!
OdpowiedzUsuńTeż nie miałam większej styczności z literaturą marynistyczną, jedynie "Czarną banderę" przeczytałam, ale "Listy..." naprawdę mi się podobały :)
Usuń