Madryt był martwy...
Manel Loureiro, Apokalipsa Z. Mroczne dnitytuł oryginału: Apocalipsis Z: Los días oscuros
przekład: Marta Mróz
cykl: Apokalipsa Z tom 2
wydawnictwo: MUZA S.A.
data wydania: 6 listopada 2013 r.
liczba stron: 352
ISBN: 978-83-7758-499-6
okładka: broszurowa
Po drugą część Apokalipsy Z sięgnęłam zaraz po tym, jak odłożyłam na półkę część pierwszą, Początek końca. Już wcześniej, zanim w ogóle zagłębiłam się w lekturze trylogii pana Manela Loureiro, postanowiłam, że książki te przeczytam jedną po drugiej, wszystkie trzy tomy. Dzięki temu byłam, a raczej jestem – w chwili, gdy piszę te słowa, przeczytałam około sześćdziesięciu stron trzeciej części, Gniew sprawiedliwych – na bieżąco z fabułą i z bohaterami, z którymi zdążyłam się zżyć, w szczególności z jednym... Nie przedłużając, zobaczmy jak toczy się życie – i nieżycie – w postapokaliptycznym świecie.
Czwórka ocalałych uciekła z martwej Europy. Naprawiony helikopter Wiktora pomaga im dostać się do ziemi obiecanej, na Wyspy Kanaryjskie, jedno z niewielu miejsc na Ziemi, gdzie ludzkość przetrwała i żyje w zorganizowanym społeczeństwie. Jednakże już w kilka minut po przybyciu na wyspy, bezimienny prawnik oraz rodzina zostają poddani miesięcznej kwarantannie. Po jej ukończeniu na własne oczy przekonują się, że to, co miało być rajem, okazuje się być piekłem na ziemi wcale nie gorszym od tego na kontynencie...
Wymarzony raj, którym w moich myślach były Wyspy Kanaryjskie, złoty sen, dzięki któremu udało mi się przeżyć tyle ponurych miesięcy, po trochu odsłaniał swoją prawdziwą istotę: miejsca biednego i pogrążonego w beznadziei, miejsca oblężonego, gdzie przetrwać jest niełatwo.
Apokalipsa Z. Mroczne dni zaczyna się dokładnie w miejscu, gdzie kończy się akcja pierwszego tomu trylogii. Czwórka, wróć, piątka ocalałych z opuszczonego szpitala: hiszpański prawnik – którego imię w dalszym ciągu pozostaje nieznane, Ukrainiec Wiktor Pritczenko, nastolatka Lucía oraz siostra Cecylia oraz kot Lukullus, udają się do jednej z ostatnich ostoi ludzkości, na Wyspy Kanaryjskie.
Jednakże autor stwierdził, że w tak trudnych czasach nie ma mowy o zakończeniu w stylu żyli długo i szczęśliwie, nie lękając się więcej o swoje życie. Niestety nie, życie w postapokaliptycznym świecie, nieważne czy w miejscu oblężonym przez Nieumarłych, czy wśród innych ocalałych, jest niezwykle trudne, wymagające poświęceń na rzecz ogółu. Brakuje wszystkiego: jedzenia, podstawowych produktów codziennego użytku, ale i surowców energetycznych oraz lekarstw. Z tego też powodu organizowane są ekspedycje na kontynent, w celu zdobycia niezbędnego zaopatrzenia, by ludzkość nadal mogła sobie radzić... jakoś. A kto lepiej niż dwóch weteranów, którzy przeżyli niemalże rok na ziemi niczyjej, wśród tysięcy żywych trupów, nada się do misji, mającej na celu zdobycie lekarstw i odczynników niezbędnych do dalszego funkcjonowania szpitala? Można by rzec, że ocalali spadli z deszczu pod rynnę. Dano im chwilę czasu, by odpoczęli po przebytej trudnej podróży, by już w jakiś czas później złożyć im ofertę nie do odrzucenia. Dosłownie.
Do fabuły Mrocznych dni doskonale pasują słowa, które przeczytałam w innej książce, również związanej z tematyką zombie, stwierdzające, że to nie trupów należy się obawiać, ale żywych. Idealnie wpasowują się one w akcję powieści. W świecie ogarniętym zombie apokalipsą często większe zagrożenie czeka na człowieka ze strony innego człowieka. Chciwość, żądza przetrwania czy też zwykła zazdrość – te cechy najmocniej dają o sobie znać w tak ekstremalnych warunkach.
Jednakże autor stwierdził, że w tak trudnych czasach nie ma mowy o zakończeniu w stylu żyli długo i szczęśliwie, nie lękając się więcej o swoje życie. Niestety nie, życie w postapokaliptycznym świecie, nieważne czy w miejscu oblężonym przez Nieumarłych, czy wśród innych ocalałych, jest niezwykle trudne, wymagające poświęceń na rzecz ogółu. Brakuje wszystkiego: jedzenia, podstawowych produktów codziennego użytku, ale i surowców energetycznych oraz lekarstw. Z tego też powodu organizowane są ekspedycje na kontynent, w celu zdobycia niezbędnego zaopatrzenia, by ludzkość nadal mogła sobie radzić... jakoś. A kto lepiej niż dwóch weteranów, którzy przeżyli niemalże rok na ziemi niczyjej, wśród tysięcy żywych trupów, nada się do misji, mającej na celu zdobycie lekarstw i odczynników niezbędnych do dalszego funkcjonowania szpitala? Można by rzec, że ocalali spadli z deszczu pod rynnę. Dano im chwilę czasu, by odpoczęli po przebytej trudnej podróży, by już w jakiś czas później złożyć im ofertę nie do odrzucenia. Dosłownie.
Być może ludzkość już zawsze będzie musiała żyć na tym świecie razem z nimi, chyba że ich wcześniej wytępimy... lub oni pierwsi wytępią nas.Szczerze mówiąc spodziewałam się, że w drugiej części Apokalipsy Z będzie się coś dziać, ale nie spodziewałam, że ocalałych spotkają aż takie... przeszkody. Wiedziałam, że pan Loureiro nie będzie się zagłębiał w opisy (w miarę) spokojnego życia na Wyspach Kanaryjskich, lecz nie myślałam, że w grę wejdzie wysłanie Prita i prawnika jako ochotników na straceńczą misję. Niemalże zgrzytałam zębami w momentach, kiedy zrządzeniem losu wpakowano ich w całe to gówno i ciągle żyłam nadzieją, że nic im się nie stanie. Nie ze względu na bezimiennego, lecz ze względu na Prita, do którego zapałałam ogromną sympatią już od samego początku, kiedy pojawił się w Początku końca. Zdecydowanie jest to mój ulubiony bohater.
Do fabuły Mrocznych dni doskonale pasują słowa, które przeczytałam w innej książce, również związanej z tematyką zombie, stwierdzające, że to nie trupów należy się obawiać, ale żywych. Idealnie wpasowują się one w akcję powieści. W świecie ogarniętym zombie apokalipsą często większe zagrożenie czeka na człowieka ze strony innego człowieka. Chciwość, żądza przetrwania czy też zwykła zazdrość – te cechy najmocniej dają o sobie znać w tak ekstremalnych warunkach.
Jesteśmy wściekłymi bestiami, Basilio. (...) Rzucamy się jedni na drugich przy najmniejszej okazji i nic nie możemy na poradzić. Popatrz, nawet na tych pieprzonych wyspach... Co zrobili ocaleni, kiedy tylko się zorganizowali? Zaczęli się między sobą wybijać! Jesteśmy na krawędzi wojny domowej, jeśli wierzyć mediom! Te przeklęte potwory ukradły nam tę odrobinę ludzkich uczuć, jaka nam jeszcze pozostała...Autor pomyślał o swoich czytelnikach i na samym początku lektury drugiego tomu zobaczyć można "wprowadzenie", które streszcza wydarzenia z Początku końca. Jako że zdecydowałam się czytać tą trylogię ciągiem, jeden tom po drugim, to mi owo wprowadzenie żadnej różnicy nie robi, ale myślę, że czytelnicy, którzy będą mieli dłuższe przerwy między czytaniem pierwszego i drugiego (a także i trzeciego) tomu będą mogli sobie w bezproblemowy sposób przypomnieć co działo się wcześniej.
W przypadku konstrukcji powieści tym razem nie ma się do czynienia z formą dziennika/bloga. Ci z Was, którzy czytali pierwszy tom cyklu, pamiętają, że prawnik zostawił go na lotnisku, skąd helikopterem wyruszali na Wyspy Kanaryjskie. W Mrocznych dniach akcja prowadzona jest w sposób normalny, typowy, głównie dlatego, że w pewnym momencie zaczyna biec dwutorowo, czego nie dałoby się autorowi zrobić w przypadku utrzymania formy znanej z pierwszej części Apokalipsy Z.
Mam jednak jedno ale. Okładka. Zastanawiam się dlaczego wydawca zdecydował się na taką wersję. Ilustracja z pierwszej części była wręcz świetna, zaś to zdjęcie przedstawiające grupę mężczyzn, który wyglądają raczej jakby zgubili się w lesie po nocnej libacji niż jakby uchodzili ledwo żywi z rąk Nieumarłych... Nie, to mi się zdecydowanie nie podoba.
Apokalipsa Z. Mroczne dni jest równie wartką powieścią jak pierwsza część trylogii. Dużo zwrotów akcji sprawia, że czytelnik bardzo szybko wciąga się w czytaną książkę. Dużo zombie, które można liczyć na miliony, w różnym stanie rozkładu, bardzo dokładnie przedstawione przez autora, dodają smaczku lekturze. Wszak nie o celebrytach tu mowa, tylko o trupach żywych, więc turpizmu spodziewać się należy.
Jednakże mam nadzieję, że bohaterom uda się w końcu gdzieś osiąść i w jakiś sposób spokojnie egzystować... Czy im się to uda? Okaże się niebawem, w trzecim tomie Apokalipsy Z. Gniew sprawiedliwych.
Cykl Apokalipsa Z:

Widzę, że nie tylko ja zapałałam do Ukraińca sympatią ogromną. ;) A w 3 tomie? Ech...czeka Cię jeszcze więcej niespodzianek.
OdpowiedzUsuńWiktor jest rewelacyjny. Prawdziwa słowiańska dusza ;)
Usuń,,Typowi" Słowianie zawsze wzbudzają moją sympatię. Już wiem, dla kogo sięgnę po tę książkę :)
UsuńMyślę, że spodoba Ci się postać Wiktora ;)
UsuńZnów zombiaki? Zaczynam się o Ciebie poważnie martwić...
OdpowiedzUsuńŻartowałem, wyjdziesz za mnie? :D
Chcesz wyjść za mnie czy za moje zbiory biblioteczne...? ;)
UsuńWyjdę za Ciebie, ale nie ukrywam, że czasem mogę Cię zdradzić z Twoimi zbiorami :D
UsuńNiby zdrada zdradzie nierówna, ale muszę to przemyśleć... :P
UsuńTę trylogię planuje przeczytać od kiedy się o niej dowiedziałam, czyli od bardzo dawna. Zbiera dość dobre recenzje. Chętnie ją pochłonę w najbliższym czasie :)
OdpowiedzUsuń"Pochłonę" to bardzo dobre określenie na lekturę tych książek :)
UsuńOstatnio głośno o tej serii, może dam się skusić. W sumie byłam sceptycznie nastawiona do "Feed", a tu takie zaskoczenie :P
OdpowiedzUsuńA ja pamiętam jak bardzo opierałaś się przed lekturą ;)
UsuńMyślę, że i książki pana Loureiro przypadną Ci do gustu, choć pisze on inaczej niż Mira Grant :)
Ja czytam dopiero pierwszą część cyklu i jakoś nie mogę się w nią wciągnąć... Ale ta tutaj brzmi obiecująco. "Dużo zombie".. tak, tego na razie brakuje mi w samym początku...
OdpowiedzUsuńMoże jeszcze nie zaraziłaś się wirusem zombizmu...? :)
UsuńRozwaliło mnie Twoje porównanie bidnych "wędrowców" do człeni po libacji :D
OdpowiedzUsuńDozuję sobie tę trylogię, dlatego kolejny tom będę czytać za dni kilka. Cieszę się, że kontynuacja ma się dobrze, przynajmniej nudzić się nie będę :-)
To prawda, ludzie to najgorszy gatunek, a w wczasach kryzysu, czy apokalipsy, to już w ogóle zamieniamy się w czyste zło.
(Nie)stety tak mi się ta okładka jawi przed oczami i nic na to nie poradzę ;)
UsuńZombie to zdecydowanie nie moja bajka, ale okazuje się że niektóre książki o nieumarłych obrzydlistwach to bardzo odbre lektury.Do zakupu tej trylogii muszę jeszcze trochę dojrzeć, jestem coraz bardziej ciekawa.
OdpowiedzUsuńJako miłośniczka zombie twierdzę, że jest to dobra lektura, ale wiem też, że nie wszyscy za zombiaczkami przepadają, więc powiem tak: przeczytaj pierwszy tom, a potem zadecyduj czy chcesz się zagłębiać w tą tematykę :)
UsuńAczkolwiek "na start" mogłabym polecić "Feed" pani Miry Grant :)
"Nie trupów należy się obawiać..." czyżby TWD? Niebawem 3 część, "Upadek Gubernatora", omnomnom ;) Ach, zombie... Uwielbiam ten boom na zombie, wiesz? Po prostu uwielbiam. Jeśli nie znasz, to polecam Ci jeszcze trylogię Rhiannon Frater ;) palce lizać!
OdpowiedzUsuńZgadza się, prawidłowa odpowiedź to: "Narodziny Gubernatora"! Wygrałaś wycieczkę do opuszczonego więzienia, opanowanego obecnie przez zombie! ;)
UsuńO trylogii pani Frater słyszałam, ba, czytałam recenzje u Ciebie ;), ale póki ich jeszcze nie zdobyłam... :(
Już nie mogę się doczekać aż pierwsza część wpadnie w moje ręce ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Skoro tak, to już teraz życzę przyjemnej lektury :)
UsuńTen tom dopiero przede mną, ale narobiłaś mi na niego sporej ochoty, więc pewnie sięgnę po niego najszybciej jak to tylko będzie możliwe :D Okładka rzeczywiście nie bardzo pasuje :|
OdpowiedzUsuńRecenzja dodana do wyzwania :)
Cieszę się niezmiernie, że Ci ochoty na kolejny tom narobiłam ;)
UsuńMam nadzieję, że będzie Ci się tak samo jak mi podobał, albo nawet i bardziej :)