Może to właśnie jest miłość, żeby zagryzać zęby i wytrzymać
Robert Rient, Chodziło o miłośćwydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 18 kwietnia 2013 r.
liczba stron: 292
ISBN: 978-83-7508-675-1
ocena: 5/6
Książek o miłości napisano już wiele i wiele jeszcze ich powstanie. Wszak miłość to temat uniwersalny, łatwo się o niej pisze, a książki o niej dobrze się sprzedają. Można by pomyśleć, że debiutancka powieść Roberta Rienta nie będzie się różniła od innych love stories. Że będzie o miłość, tęsknocie i samotności w tłumie ludzi. Bo tak jest. Ale w zupełnie innym wydaniu.
Aureliusz Kic jest dziennikarzem. Po rozwodzie z żoną zawalił się cały jego świat. Próbując sobie wszystko na nowo poukładać decyduje się na uczęszczanie na terapie. Po jednej z sesji przed gabinetem swojej terapeutki poznaje Justę, energiczną, nieco roztrzepaną i pyskatą młodą kobietę. Jej odmienność hipnotyzuje i urzeka Aureliusza (który woli, by zwracano się do niego per Arek). Gdy podczas pierwszej randki Justa mówi Arkowi o swojej chorobie psychicznej, mężczyzna decyduje się kontynuować znajomość. Bo się zakochał „w napastliwie pięknej i ujmująco szalonej pacjentce własnej terapeutki”. Lecz miłość do osoby chorej psychicznie nie jest łatwa i czasami bardziej rani niż przynosi radość...
Chodziło o miłość to, jak już wspomniałam, debiutancka powieść Roberta Rienta. Powieść o miłości, samotności i tęsknocie za bliskością drugiej osoby, lecz nie w wydaniu, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Bo Rient opisuje miłość trudną; szaloną, pełną namiętności, lecz trudną, zarówno dla Arka – osoby, według norm społecznych, normalnej – jak i dla Justyny, cierpiącej na chorobę afektywną dwubiegunową. Uczucie to jest o tyle trudne, że nawet najbardziej błahe decyzje i słowa, potrafią spowodować ból u drugiej osoby. Jest to tym bardziej bolesne, że są one nieświadome.
W Chodziło o miłość ludzka psychika i dusza zostają obdarte z psychologicznych farmazonów, kondycja psychiczna współczesnego człowieka została pokazana w prawdziwym jej stanie: ludzie czują się zagubieni, nie potrafią rozmawiać o swoich uczuciach i problemach. Mają problemy z nawiązaniem kontaktu i bliskości z drugą osobą. Potrzebują tego, lecz strach i niepewność siebie i własnych uczuć blokują ich.
Autor postawił na przedstawienie miłości z męskiego punktu widzenia, więc nie spodziewajcie się kwiecistych opisów czy rozwlekłych dialogów. Codzienność jest opisana prostym, konkretnym językiem, bez zbędnych, upiększających dodatków. Nie epatuje seksem, nie szokuje – po prostu przedstawia rzeczywistość taką, jaka jest.
Bohaterowie są sympatyczni, wyraziści. Żyją swoim życiem, lecz nie potrafią uciec przed wspomnianymi wcześniej problemami. Arek, Gosia, Michał i oczywiście Siostra – zgrana paczka przyjaciół, trzymająca się razem i opowiadająca o swoich problemach w budowaniu i utrzymaniu związków. Każde z nich je ma i nie wiedzą jak sobie z nimi radzić, lecz ich wspólne rozmowy sprawiają im radość i w pewien sposób dają uczucie obcowania z drugim człowiekiem. Dzięki temu mogą jakoś dalej funkcjonować w otaczającej ich pesymistycznej rzeczywistości.
Chodziło o miłość to powieść wymagająca, zmuszająca do refleksji, momentami trudna w odbiorze. Męska powieść o niełatwej miłości z bardzo ujmującym, przyjemnym zakończeniem. Takim optymistycznym i niosącym nadzieję. Bardzo dobry, godny polecenia debiut.
Nie słyszałam o tej książce, ale brzmi interesująco :) A do tego lubię czytać debiutanckie powieści, więc niewykluczone, że w wolnej chwili się skuszę :)
OdpowiedzUsuńMoja przyjaciółka cierpi na chorobę dwubiegunową, dawniej zwaną psychozą maniakalno-depresyjną. Cieszę się, że o tej chorobie coraz głośniej (choćby w "Poradniku pozytywnego myślenia" o niej mówią) ponieważ to wbrew pozorom bardzo powszechna choroba, choruje na nią co 10 osoba. Chętnie przeczytam, a jeszcze chętniej sprezentuję powieść przyjaciółce.
OdpowiedzUsuńchętnie przeczytam tę książkę, Twoja recenzja mnie do niej zachęciła. Zapowiada się ciekawie, a temat choroby dwubiegunowej od jakiegoś już czasu mnie interesuje (myślę, że każdy z nas ma jej zalążek). Dzięki za tę recenzję! :)
OdpowiedzUsuńNiestety absolutnie nie dla mnie. Za dużo w tym wszystkim "miłości" wolę troszkę bardziej ostrą literaturę. Przy tym pewnie bym usnął :) chyba bardziej skierowana w stronę Pań.
OdpowiedzUsuńPo pierwsze okładka bardzo przyciąga wzrok. Bohaterka stoi za jakąś żłobioną szybą? Teraz doczytałam, że chodzi o chorobę, dobra metafora. Skojarzyło mi się z "Poradnikiem pozytywnego myślenia". Coraz więcej osób wokół mnie przyznaje się do różnych chorób związanych z psychiką - depresji, natręctw, właśnie choroby dwubiegunowej. Zaczynam się obawiać, że to po prostu robi się modne i łatwiej jest ludziom żyć, jeśli znajdą u siebie jakąś nieprawidłowość, więc nie muszą tłumaczyć swoich porażek nieudolnością i słabym charakterem. Oczywiście nie chodzi mi o wszystkich, wierzę, że część osób naprawdę choruje, ale według mnie to się robi zbyt rozpowszechnione.
OdpowiedzUsuńBo ludzie kochają być nieszczęśliwi. Czytajmy książki o chorobach, bo książki o ćpunach wyszły już z mody! ;)
Usuń@Klaudia: Fakt, teraz ma miejsce swoista "moda" na choroby psychiczne. 'Mam depresję, więc nie wińcie mnie za nic'. Szkoda tylko, że ludzie wykorzystują te poważne zaburzenia, by sobie "ułatwić" życie...
Usuń@Konrad: Moda ma to do siebie, że cyklicznie wraca, więc za jakiś czas znowu książki o ćpunach mogą być modne ;)
Przykładowo: komuś się nie chce uczyć do matury. Pomarudzi kilka tygodni, zabiorą go do lekarza, diagnoza: depresja i "Biedne dziecko przecież w tym roku nie ma siły podejść. Nie dlatego, że jest leniwe i głupie, ono ma depresję!".
UsuńJa tam książek o ćpunach nie lubię. No może poza "Fear and Loathing in Las Vegas: A Savage Journey to the Heart of the American Dream" i "Trainspotting". Wszystkie "Dzieci z dworca ZOO" i reszta smutów o chorobach i narkotykach wywołuje we mnie odrazę. Nie dlatego, że unikam trudnych tematów, ale nie pasuje mi sposób w jaki większość autorów podchodzi do tematu.
UsuńTo ja w takim razie życzę tym osobom, które udają chorych, by choć przez tydzień poznali, czym taka choroba jest. Wnerwia mnie to strasznie. Nic nie jest takie, jak w "Poradniku pozytywnego myślenia"! Choroba dwubiegunowa to coś bardziej złożonego, a skoro ktoś jest na tyle leniwy, że "przywłaszcza" sobie chorobę, której zdiagnozowanie trwa dłuższy czas (a więc spokojnie można ściemniać) to winszuję głupoty. Moja przyjaciółka została zdiagnozowana 9 lat temu i wciąż przyjmuje lekarstwa i stale jest pod opieką lekarza. To nie są przelewki, leki nie są jakimiś super fajnymi narkotykami, po którym życie jest kolorowe, tylko zwykle zamulają i taki człowiek nie ma chęci na nic, a brać tabletki musi, bo inaczej szaleje. A depresja - najpierw choroba wstydliwa, teraz modna. Pół Hollywood wpieprzało prozac, aż się dymiło, dopóki nie wynikł skandal z placebo. Teraz każdy ma nowoczesną depresję, a ci, którzy rzeczywiście chorują, mają tym trudniej - bo jak nagle uwierzyć, że to rzeczywiście choroba, a nie widzimisię? Podobnie jest z żebrakami. Nie daję ani grosza na bułkę, bo wiem, że to będzie bułka w butelce. Jak się kiedyś zdziwiłam, jak jeden bezdomny poprosił o zupę, nie o pieniądze, tylko właśnie o wstąpienie do baru mlecznego i kupienie mu czegoś, co rzeczywiście zje.
UsuńJest dokładnie tak jak mówisz, Paulina. Ludzie sobie przypisują choroby, bo wydaje im się, że chorym jest lżej, a to gówno prawda. Ale "przywłaszczacze" swoje wiedzą i wykorzystują chorych (bo na nich koniec końców wszystko się odbija), niestety.
Usuń