Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność
Sean Howe, Niezwykła historia Marvel Comicstytuł oryginalny: Marvel Comics: The Untold Story
przekład: Bartosz Czartoryski
wydawnictwo: Sine Qua Non
data wydania: 6 listopada 2013 r.
liczba stron: 512
ISBN: 978-83-7924-081-4
okładka: twarda
Kolejnym tytułem, który wybraliście dla mnie w ramach akcji Pomóż Wiedźmie przeczytać książkę, była gruba, zapełniona informacjami publikacja w sam raz dla geeków. Niezwykła historia Marvel Comics to pozycja, którą udało mi się w listopadzie 2013 roku wygrać na polskim fanpage’u Marvela. Pytanie dotyczyło ulubionej postaci, a ci z Was, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że wybrałam Deadpoola. I to dzięki niemu w moje ręce trafiła niniejsza książka. Przeleżała swoje na półce i z Waszą pomocą, udało mi się wreszcie ją przeczytać.
„Zawaliłem nockę na szkicowaniu – wspominał Simon. – Kolczuga przypominająca koszulkę, drżące mięśnie na ramionach i klatce piersiowej, obcisłe rajtuzy, rękawice i sięgające kolan buty z wywiniętymi cholewami. Na jego piersi narysowałem gwiazdę, a od pasa w górę, aż do owej gwiazdy, pociągnąłem białe kreski, zaś sam kostium pokolorowałem na czerwono, biało i niebiesko. Potem dałem mu do ręki tarczę”. Pod rysunkiem napisał „Super American”. Szybko jednak wpadł na lepszy pomysł i zmienił pseudonim na „Kapitan Ameryka”.
Niezwykła historia Marvel Comics to obszerna publikacja o jednej z najlepiej rozpoznawanych amerykańskich marek. Ich logo pojawia się nie tylko na okładkach komiksów i w filmach, ale też na różnego rodzaju gadżetach oraz materiałach promocyjnych. Autor książki, Sean Howe, ukazał wyboistą drogę, jaką przebyło wydawnictwo: od niezbyt dobrze prosperującego działu komiksowego w Magazine Management Company Martina Goodmana do jednego z najbardziej rozpoznawalnych wydawców komiksów.
Książka prowadzi czytelników przez okres ponad siedemdziesięciu lat (!), w trakcie których kształtował się Marvel. Nie był to jednak scenariusz typowego amerykańskiego snu, wydawnictwo nie osiągnęło rozgłosu i uwielbienia czytelników z dnia na dzień. Była to długa, męcząca i pełna wyrzeczeń droga, gdzie tylko czasem zdarzały się naprawdę szczęśliwe momenty. Sean Howe odczarowuje mity, które przez lata narosły wokół przedsiębiorstwa Marvela. Jako że jest to nieautoryzowana publikacja, to pomaga ona zweryfikować jak to było naprawdę w przypadku wydawnictwa oraz osób w nim pracujących. Bo trzeba sobie uzmysłowić, że Marvel to nie tylko Stan Lee, to przede wszystkim rysownicy, scenarzyści i redaktorzy, którzy latami harowali na to, by marka stała się rozpoznawalna, by dzieciaki sięgały właśnie po komiksy Marvela, by wraz z coraz liczniejszym gronem postaci raz po raz zagłębiały się w świat przygody. O tym wszystkim napisał Sean Howe.
Książka prowadzi czytelników przez okres ponad siedemdziesięciu lat (!), w trakcie których kształtował się Marvel. Nie był to jednak scenariusz typowego amerykańskiego snu, wydawnictwo nie osiągnęło rozgłosu i uwielbienia czytelników z dnia na dzień. Była to długa, męcząca i pełna wyrzeczeń droga, gdzie tylko czasem zdarzały się naprawdę szczęśliwe momenty. Sean Howe odczarowuje mity, które przez lata narosły wokół przedsiębiorstwa Marvela. Jako że jest to nieautoryzowana publikacja, to pomaga ona zweryfikować jak to było naprawdę w przypadku wydawnictwa oraz osób w nim pracujących. Bo trzeba sobie uzmysłowić, że Marvel to nie tylko Stan Lee, to przede wszystkim rysownicy, scenarzyści i redaktorzy, którzy latami harowali na to, by marka stała się rozpoznawalna, by dzieciaki sięgały właśnie po komiksy Marvela, by wraz z coraz liczniejszym gronem postaci raz po raz zagłębiały się w świat przygody. O tym wszystkim napisał Sean Howe.
Żeby scenarzyści nie pogubili się w zalewie nowych i ciągle zmieniających się postaci, Thomas trzymał plastikowe pudełko pełne fiszek, na których zapisywał, gdzie dany bohater pojawił się ostatnio i jakimi mocami dysponował. Już niebawem okazało się jednak, że to za mało, bowiem Marvel dysponował istnym legionem różnorakich postaci, których alfabetyczna lista mieściła się na ważącym ponad dwa kilogramy wydruku komputerowym na perforowanym papierze.Dużym atutem Niezwykłej historii Marvel Comics jest przedstawienie innego spojrzenia na Marvel, jak widzieli go ludzie tam pracujący. Ich słowa przeczą temu, co mówił Stan Lee, opisujący wydawnictwo jako „Wesołą Zagrodę Marvela”. Owszem, w początkowych latach określenie to nawet było adekwatne do atmosfery panującej w biurze w Nowym Jorku, lecz wraz z upływem lat i rozrostem firmy, praca w niej przypominała piekło. Przede wszystkim dotyczyło to tych lat, gdy władzę przejmowali ludzie w ogóle nie znający się na komiksach, ba, nawet ich nie czytający, którzy widzieli w Marvelu tylko maszynkę do zbijania kasy.
Jak już wspomniałam, publikacja jest bogata w sylwetki twórców oraz ich liczne wypowiedzi. Wśród nich znaleźć można nazwiska takie jak Stan Lee, Jack Kirkby, Roy Thomas, Frank Miller, Don McGregor, Jim Starlin, Jim Steranko, Steve Ditko – to tylko nieliczni z wielu, wielu osób, które przyczyniły się do stworzenia Multiversum Marvela. Byli ojcami uwielbianych przez miliony postaci, wpłynęli na świat artystyczny poprzez swój wkład w artystyczną stronę komiksów. I choć to praktycznie dzięki nim wydawnictwo jest tak popularne w czasach dzisiejszych, to ich praca była słabo opłacana, często nawet ignorowano pomysły wychodzące z ich strony. Dużą część opowiedzianej historii zajmują ich walki o tantiemy czy uznanie ich praw do stworzonych przez siebie postaci – co wcale nie było tak oczywiste. Stąd ich częste wędrówki po innych wydawnictwach, w tym przejścia do głównego konkurenta Marvela – DC Comics. Niektóre rozstania były naprawdę bolesne, czego najlepszym przykładem jest wieloletnia kłótnia między Stanem Lee a Jackiem Kirkbym.
„Nawet nie dano mi szansy – powiedział później Kirkby, podsumowując swoją pracę dla Marvela w latach siedemdziesiątych i zrzucając winę na zawodową zazdrość. – Jeden gość rysuje komiks, drugi wpisuje literki, a za parę miesięcy już go nie ma w firmie i ktoś inny dostaje jego szansę... to istne gniazdo węży. A w gnieździe węży nic nie przetrwa, wybiją się nawzajem. Zabiją też to, co ich stworzyło”.Choć o Marvelu można by powiedzieć dużo złego, to jego twórcy wykazali się niezwykłą innowacyjnością, a ich pomysły na zawsze zmieniły oblicze komiksu. To właśnie oni zdecydowali o tym, że nie wszyscy ich bohaterowie będą skrywać swoją tożsamość za maskami, że będą mieli problemy natury emocjonalnej, staną się rozchwiani, nie będą kryształowi, co niejako zbliżyło ich do czytelników. Również ze strony pracowników Marvela wyszedł pomysł – oraz realizacja – crossoverów, kiedy to bohaterowie jednej serii komiksów spotykali się z innymi. Przed nimi nikt nie wpadł na taki pomysł.
W Niezwykłej historii Marvel Comics czytelnik napotka mnóstwo nazwisk, dat oraz wyników sprzedaży, co choć nieco spowalnia lekturę, to jednak daje pełniejszy obraz sytuacji oraz drogi wydawnictwa na szczyt. Dodać należy również, że te ponad pięćset stron publikacji jest zapisana drobną czcionką, jaką można spotkać w większości wydań kieszonkowych. Wszak wszystkie te informacje musiały jakoś się zmieścić w publikacji. Lecz nie są to same suche fakty, tylko historia wzięta z życia, toteż nie należy obawiać się monotonii czy po prostu nudy. Jako literatura faktu książka ta jest naprawdę porywająca, a momentami okraszona licznymi anegdotami, dotyczących na przykład skrętów wysyłanych Starlinowi w listach w ramach podziękowania za psychodeliczny album, jak określano serię „Captain Marvel” lub nagłym odkryciu o braku nosa w masce Iron Mana.
„(...) Pomyślałam jednak, że co mi szkodzi, to przecież nie człowiek, a rysunek na kartce papieru, jak dziewczyna w kostiumie pająka na kubku z napojem. Zrobiłam więc cztery numery i zwyczajnie ją zabiłam, a potem przyszły do mnie setki listów od smutnych, przerażonych dzieciaków. Nie rozumiałam wówczas tych więzi łączących czytelników z bohaterami. Tak naprawdę oni żyją, wiesz? To żywe postaci. I tak wyglądał mój komitet powitalny w Uniwersum Marvela”.Lektura Niezwykłej historii Marvel Comics wciąga, choć zagłębienie się w nią wymaga czasu. Liczne wypowiedzi pracowników wydawnictwa sprawiają, że zmienia się spojrzenie czytelnika na komiks – już nie widzi w nim tylko ciekawych bohaterów i niebanalną historię – lecz dostrzega rysowników, scenarzystów i redaktorów stojących za nim. Zachwycając się ogólnym widokiem, patrzy na szczegóły i dostrzega jego głębię. To publikacja, którą powinien przeczytać każdy fan i miłośnik komiksów – oraz ekranizacji – stajni Marvela. Daje sporo do myślenia, jak również sprawia, że mocniej kocha się to rozbudowane i szalenie skomplikowane multiversum.
Książka przeczytana w ramach akcji Pomóż Wiedźmie przeczytać książkę.
Uwielbiam Marvela i bardzo zaciekawiłaś mnie tą pozycją :)
OdpowiedzUsuńZapraszam również do siebie :)
http://poczytajmycos.blogspot.com/
Cieszę się :)
UsuńNigdy nie interesowalam się komiksami i szczególnei nie przepadam też za ekranizacjami, choć kilka filmów mi się podobało, jak ostatni Avengersi
OdpowiedzUsuńW przypadku najnowszych Avengersów duża zasługa przypada reżyserowi, który nieco inaczej poszedł do tematu.
UsuńZa dużo czytania o głupotach - już wolałbym sobie jakiś komiks poprzeglądać :P Jeszcze żeby wyszła jakaś encyklopedia samych postaci z uniwersum, to ok, ale czytanie o tym jak Stan Lee dyma ludzi, to raczej nie dla mnie :P
OdpowiedzUsuńPs. DC Comics i tak jest lepsze :D
Popełniasz ten sam błąd, co większość osób. Choć Stan Lee kryształowy nie jest, to ze stanowiska wydawcy zrezygnował już w latach osiemdziesiątych i odkąd przeniósł się do Kalifornii, by namówić filmowców do ekranizacji komiksów, to z samym Marvelem nie miał już praktycznie nic wspólnego. Jedynie co pozostał jego twarzą, na co w sumie pracował od samego początku.
UsuńI za to stwierdzenie, że DC Comics jest lepsze możesz porządnie zacząć się zastanawiać nad kreatywnymi przeprosinami...
Dlaczego? Przecież to nie jest opinia, tylko stwierdzenia faktu :D
UsuńTy już się przyczyny nie doszukuj, foch to foch!
UsuńZa komiksami nigdy nie przepadałam :)
OdpowiedzUsuńJa do dzisiaj je lubię ;)
UsuńHistorie pracowników/rysowników aż tak bardzo mnie nie interesują, bym o nich czytała, ale przypomniałaś mi, że chciałam zdobyć jakieś komiksy o Daredevilu. ;) Niedawno widziałam serial, spodobał mi się i zamierzałam dowiedzieć się więcej. W sumie to teraz sobie uświadomiłam, że wszystkich superbohaterów znam głównie z ekranu, nie z komiksów. ;)
OdpowiedzUsuńZa sukces Daredevila w dużej mierze odpowiada Frank Miller, który w latach swojej pracy w Marvelu wygrzebał tę postać z "otchłani" i zaprezentował światu w nowej formie :) Choć serialu jeszcze nie oglądałam, to też słyszałam, że jest dobry :)
UsuńTo może być ciekawa lektura :)
OdpowiedzUsuńMi się podobała :)
UsuńNigdy w życiu nie miałem w ręku komiksu. Dobra, kłamię. Miałem Kajko i Kokosza, Tytusa Romka i A'tomka i kilka innych. Ale żeby tak o superbohaterach? :) Z czasem człowiek staje się na to za stary, czy mogę zacząć nawet teraz?
OdpowiedzUsuńCały czas powtarzam sobie, że starzejemy się, bo przestajemy się bawić, a nie, że przestajemy się bawić, bo się starzejemy ;)
UsuńJestem w trakcie lektury i muszę przyznać, że choć książka opowiada historię wydawnictwa, to czyta się ją równie dobrze jak niejedną powieść.
OdpowiedzUsuńZgadzam się :)
UsuńJak to dobrze, że to Ty ją przeczytałaś :) Mnie to by zajęło z pół roku! Nie lubię tego typu książek, myślałam, że może ta będzie różnić się od całej reszty, ale z tego co widzę to nie. Ot, pokazane życie, oraz jak pieniądz potrafi zabić wszystko, nawet chęć do robienia czegoś, co się tak bardzo niedawno kochało.
OdpowiedzUsuńPo części tak, ale uwierz mi, że ta książka naprawdę wciąga :)
UsuńKocham Marvela <3
OdpowiedzUsuń