Uwierz w ducha
Julia Cameron, Duch Mozartatytuł oryginalny: Mozart’s Ghost
przekład: Magdalena Słysz
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 14 października 2010 r.
liczba stron: 336
ISBN: 978-83-247-1218-2
ocena: 2/6
Lubię od czasu do czasu przeczytać coś lekkiego, coś, co stanowić będzie małą odskocznię od rzeczywistości i codziennych problemów. Wydawało mi się, że Duch Mozarta będzie taką właśnie lekką powieścią do poczytania w chłodne zimowo-wiosenne wieczory. Powiedzieć mogę, że książka na pewno była lekka, nie absorbowała mojej wyobraźni na dłużej niż czas, który miałam ją w rękach. I nic poza tym...
Nowy Jork jest zarówno mieszanką wielu kultur, jak i swoistą mekką dla osób samotnych, singli, którym oferuje możliwość poznania kogoś nowego, jak również są tam miejsca, gdzie pokazać się samemu nie jest żadnym wstydem i ujmą na honorze. Taki styl życia odpowiadał Annie, nauczycielce i... medium. Pochodząca z małej miejscowości w Michigan, Anna od wczesnego dzieciństwa posiadła niezwykły dar, dający jej możliwość porozumiewania się z duchami zmarłych osób. Początkowo w pełni zaakceptowała swoją zdolność, lecz z czasem zaczął jej on przeszkadzać, powodując między innymi ciągłe scysje z matką, racjonalistką z charakteru. Dorosła Anna postanowiła opuścić dom rodzinny i wyruszyła do Nowego Jorku – miejsca, gdzie można zachować pełną anonimowość, w przeciwieństwie do małych miasteczek. Zamieszkawszy w Wielkim Jabłku Anna nie zawiesiła swojej działalności spirytystycznej, lecz wyraźnie oddzieliła ją normalnego życia, którym była praca na zastępstwo w jednej ze szkół podstawowych. Spokojne i poukładane życie Anny zmienia się diametralnie, kiedy do budynku, w którym ona mieszka, kilka pięter niżej, wprowadza się Edward. Mężczyzna ów okazuje się muzykiem, pianistą, który przygotowuje się do ważnego konkursu pianistycznego, na którym zamierza ujawnić swój szczególny dar – doskonałą interpretację muzyki Mozarta. Od tego momentu dnie i noce w życiu (i mieszkaniu) Anny wypełnia muzyka klasyczna, doskonale grana przez młodego muzyka, lecz samej zainteresowanej mocno działająca na nerwy. Dodatkowym problemem stają się częste, natarczywe i niezapowiadane odwiedziny... ducha Mozarta, najwidoczniej mocno związanego z Edwardem. Czy Annie uda się jakoś pozbyć uciążliwych współlokatorów? Który z nich okaże się gorszy: upierdliwy duch czy natchniony pianista?
Początek książki bardzo mi się podobał. Nieco niekonwencjonalny, lecz zarazem sympatyczny i odprężający. Ot, kobietka rozmawiająca z duchami i niosąca pomoc ludziom, który nie zdążyli pożegnać się ze swoimi bliskimi lub którzy po prostu chcą się skontaktować z drugą stroną. Potem wprowadza się muzyk, młody, uzdolniony facet. Nieco zwichrowany jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, ale sympatyczny – choć na początku Anna zdaje się tego nie zauważać. Muzyka łagodzi obyczaje, więc wiemy, że z tej znajomości coś się urodzi. W końcu to komedia romantyczna, jak sugeruje napis na okładce. I jest sympatycznie, naprawdę, przez jakiś czas, do momentu, aż historia zaczyna nudzić. Niestety. To było dla mnie największe rozczarowanie. Od mniej więcej połowy książki zaczęłam się zmuszać, by ją skończyć. I nie pomógł nawet sympatyczny, nieco zagubiony w świecie, miedzianowłosy Edward.
Zresztą Edward wydaje mi się najsympatyczniejszą postacią w całej powieści. Gorzej jest z Anną, główną bohaterką. W pewnym momencie po prostu zaczęła mnie irytować swoim niezdecydowaniem, histerią, a nawet w pewnym sensie męczeństwem. Irytuje również postać Tommy’ego, pracującego w sklepie akwarystycznym. Może nie sam on, ale jego końskie zaloty do Anny. Ilekroć pojawiał się na stronach książki, miałam ochotę krzyknąć: Kończ waść, wstydu oszczędź.
I te duchy. Powinny stanowić jakąś spójną całość, łączyć poszczególne elementy powieści, ale niestety tak nie jest. Pojawiają się ni z gruszki, ni z pietruszki, potem znikają, i tak w kółko. Widać autorka po pierwszej idei wykorzystania duchów w powieści, całkowicie je zaniedbała w fabule, i to widać. Prawda jest taka, że równie dobrze sił nadprzyrodzonych mogło w książce nie być w ogóle i rezultat byłby taki sam.
Co więcej mogę powiedzieć o Duchu Mozarta? Czytelnicy lubujący się w lekkich historiach romantycznych powinni być powieścią zachwyceni, to na pewno. Siebie samą za snobkę pod względem literackim nie uważam, ale wolę bardziej przemyślane fabuły w książkach. Ducha Mozarta nie ratuje nawet to, że jego autorka, Julia Cameron, jest byłą żoną znanego reżysera Martina Scorsese. Na pewno przy promocji książki był to niezły chwyt marketingowy, ale teraz pewnie na niewiele się by zdał. Ot, lektura dla niewymagających.
Fabuła jest wprost stworzona dla mnie :-) Uwielbiam muzykę klasyczną, a także... duchy, dlatego pomimo Twojej oceny, chyba się skusze na tę książkę, oczywiście o ile na nią wpadnę (co jest mało prawdopodobne).
OdpowiedzUsuńI tu Cię zaskoczę, bo duchy i muzykę klasyczną - raczej w tej kolejności ;) - lubię bardzo. W tym przypadku to połączenie jednak nie wyszło ;)
Usuńszkoda, że tak słabiutko, bo okładka jest kusząca. :) Trzeba mieć też talent pisarski a nie tylko znane nazwisko byłego męża, by książka była dobra. ;)
OdpowiedzUsuńA zapowiadało się ciekawie :) Dzięki za tę recenzję, a książkę odpuszczam, przynajmniej na razie.
OdpowiedzUsuńAktualnie czytam tę książkę i w pewnych momentach przyznaję, że nudzi. Ale są też fragmenty w których nie mogę się wprost oderwać od tej lektury. Mimo wszystko spodziewałam się czegoś lepszego :)
OdpowiedzUsuń